Uruchomienie litery z tablicy dworcowej, część III

Nie miałem jeszcze zrzuconego programu ze sterownika, więc postanowiłem spróbować metody brute force – do programu generującego przebieg prostokątny dodałem możliwość sterowania czterema pozostałymi pinami – ustawiając ich stan na niski, wysoki, lub co najważniejsze – losowy, zmieniający się z każdą zmianą stanu pinu zegarowego. Dodałem też możliwość generowania różnych ciągów losowych na różne piny, lub użycia jednego na kilku. Na koniec zaimplementowałem bardzo ważną funkcję – zapamiętywanie tego, co zostało wysłane i przerywanie transmisji za dotknięciem jednego klawisza. Ponownie podłączyłem moduł do płytki rozwojowej za pomocą zapałek i uruchomiłem zasilanie.

Po poprawnym resecie wydałem pierwsze polecenie – losowy przebieg na A1. Chwila oczekiwania i… nic. Losowy przebieg na A6 – to samo, głuche nic. Te same losowe wartości na A1 i A6 – nic. Losowe, różne od siebie, wartości na A1 i A6? Czekam… czekam… i wtem silnik kręci! Podekscytowany czekałem na zatrzymanie i obejrzałem pełny obrót modułu. Po prostu wrócił do pozycji początkowej – prawdopodobnie mikrokontroler zresetował się samoczynnie po otrzymaniu danych z mojej płytki. Mimo wszystko był to jednak sukces – zmusiłem go do tego resetu sam, więc najprawdopodobniej do sterowania wystarczą tylko piny A1 i A6.

Wykonałem kolejną próbę, która zakończyła się jeszcze ciekawiej – moduł zaczął kręcić się bez końca. Jeszcze ciekawszy problem – pomyślałem i zresetowałem go prądowo. Kolejna próba przyniosła reset taki jak za pierwszym razem. Spodziewałem się, że jeszcze co najmniej kilkanaście prób czeka mnie przed zbliżeniem się do rozwiązania, ale wiedziałem że jest ono całkiem blisko. Następna próba potwierdziła moje oczekiwania – po chwili bezruchu silnik zaczął się obracać aby zatrzymać się niemal natychmiast, na literze “D”. Szybkie zatrzymanie wysyłania danych i okrzyk radości oznaczający kolejny sukces.

Przypadek, czy nie? Zgrałem zapisaną transmisję ze swojej płytki i umieściłem ją w programie po czym ponowiłem próbę. Moduł bez chwili zawahania obrócił się znów do litery D. Działa! Gdzieś pośród prawie dwóch tysięcy bajtów które wysyłałem do modułu było kilka takich, które wprawiały je w ruch. Tylko które dokładnie to są? Nie miałem oczywiście pojęcia, więc wprowadziłem kolejne poprawki do programu, dodając opcje wycinania zadanego przedziału bajtów. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę i po rozszerzeniu tej opcji do działania na bitach i kilkudziesięciu minutach prób otrzymałem ciąg mający około 10 bajtów i ustawiający moduł na D.

Wciąż oczywiście wycinałem kolejne bity i za którymś razem zauważyłem coś bardzo ciekawego – po wycięciu niektórych bitów zamiast D ustawiała się litera A. Potem udało mi się jeszcze uzyskać I oraz E. Czasami udawało się przełączanie między tymi literami, ale nie było to regułą. Spory i spektakularny sukces, ale kryje się za nim jedna ważna informacja – skoro wycinając jeden bit jestem w stanie ustawić A zamiast D, to znaczy że protokół sterowania nie ma sum kontrolnych. Gdyby wiadomości były nimi sprawdzane, taka podmiana uczyniłaby komunikat nieprawidłowym, tutaj jednak po prostu zadziałał. Brak sum kontrolnych to szczególnie niepokojąca informacja w kontekście sterowania grupą znaków, obawiałem się że bez dobrej znajomości protokołu będę mieć problemy z tym zadaniem.

Następnego dnia, będą w pracy, przystąpiłem do zgrywania zawartości kości pamięci EPROM z dwóch płytek sterownika. Po ustawieniu kilkunastu przełączników i zworek w Willemie na właściwe pozycje a następnie zmuszeniu systemu operacyjnego do pracy z tym zabytkiem (co było zdecydowanie trudniejszym zadaniem) udało się. Dwa programy były już na moim dysku. Nie zabrałem się jednak za ich deasemblację – byłem na tyle blisko rozpracowania protokołu, że byłaby ona stratą cennego czasu.

Popołudnie, wieczór i noc spędziłem na wycinaniu kolejnych bitów z transmisji. Zostało ich już tylko 8, ale litery wciąż były te same i nie udawało mi się znaleźć sposobu na wyświetlanie innych i na pewne przełączanie się między tymi już ustawionymi (wciąż szwankowało). Późnym wieczorem, rozrysowałem transmisje bitowo, na kartce w kratkę, planując następny dzień poświęcić na ich analizę.

Świeży umysł widząc notatki z dnia poprzedniego zadziałał zdecydowanie lepiej – po kilkudziesięciu minutach wpatrywania się w czarne i białe prostokąty odnalazłem miejsca w których moim zdaniem były zapisane znaki i miejsce w którym zapisany był adres modułu. Nie tracąc czasu, przetestowałem swoje pomysły – pomijając kilka początkowych problemów, udało się właściwie od razu! Wciąż nie byłem do końca pewien co robią wszystkie bity które wysyłam, wiedziałem jednak gdzie muszę ustawić adres i gdzie muszę ustawić znak. Po wysłaniu tych dwóch wartości należało jeszcze wysłać nierozpoznaną do końca przeze mnie grupę bitów i dopiero wtedy moduł obracał się na wybraną pozycję. Czyżby była to wiadomość włączająca obrót?

Przetestowałem kilka różnych, działających kombinacji bitów w to miejsce i szybko znalazłem taką, która “nie psuła” modułu, czyli pozwalała na zmianę raz ustawionego znaku. Po kilkudziesięciu próbach upewniłem się, że program faktycznie działa! Adres modułu również mogłem zmieniać i wciąż móc ustawiać dowolny znak. Udało się! Wiedziałem, że na pewno w moim programie są jeszcze błędy które odkryję mając więcej liter, ale na chwilę obecną działał niezawodnie!

Rozpracowanie protokołu do stanu, w którym mogłem sterować pojedynczą literą zajęło mi tydzień – całkiem nieźle, jak na coś rzekomo niemożliwego do zrealizowania. Jedyne co mi pozostało, to czekać na załatwienie formalności przez PKP, transport samych tablic do Wrocławia i dostarczenie podzespołów elektronicznych które zamierzałem wykorzystać do zbudowania własnego sterownika.

Uruchomienie litery z tablicy dworcowej, część II

Zastanawiałem się długo, czy do wykorzystanej liczby pinów bardziej pasuje protokół SPI czy I²C, ale żeby uzyskać więcej odpowiedzi musiałem skorzystać z bardziej zaawansowanego sprzętu niż multimetr za 20zł z giełdy elektronicznej. Na szczęście nie blefowałem na dworcu w Bydgoszczy – faktycznie posiadam dostęp do jednego z lepiej wyposażonych laboratoriów w mieście i następnego dnia z kolegą z pracy zamiast zabawkowego zasilacza podłączyliśmy profesjonalny laboratoryjny, a multimetr zastąpił potężny oscyloskop Tektroniksa. Kiedy już udało się nam go uruchomić (niestety na co dzień nie korzystam z takich zabawek), naciśnięcie jednego guzika udzieliło wszystkich odpowiedzi na temat sygnału generowanego przez sterownik. Na wyświetlaczu widniał delikatnie poszarpany wykres fali prostokątnej, a wyliczona przez oscyloskop częstotliwość wynosiła 980Hz.

980Hz. To mało. Na tyle mało, że było do zmierzenia kartą muzyczną w komputerze. I jest to sporo mniej niż najniższa częstotliwość dla I²C (100kHz). Nie znałem i nie poznałem żadnego protokołu, który bazowałby na tej częstotliwości. Czyżby coś własnościowego? Nie miałem pojęcia co to może być. Aby pomóc sobie w rozwiązaniu zagadki, przyjrzałem się dokładnie płytkom od Pana Mariana – zawierały oddzielne, wymienne kości pamięci z programami. Z nich, mając odpowiedni sprzęt, można już zgrać program. Tak starego sprzętu niestety w laboratorium nie miałem, ale czego nie ma firma – mają koledzy i na następny dzień zaplanowałem zrzut programu z użyciem niegdyś standardowego, ale archaicznego dzisiaj, programatora Willem.

Będąc już w domu, postanowiłem kontynuować próby – potrzebowałem jakoś wygenerować przebieg prostokątny 980Hz i przypomniałem sobie o od dawna leżącej w mojej szafie płytce rozwojowej Freescale FRDM. Trochę czytania dokumentacji, instalowania środowiska programistycznego i użerania się z narzędziami mającymi ułatwić, a tak naprawdę utrudniającymi tworzenie oprogramowania i jest. Mam. Program który na wybranym pinie płytki generuje falę prostokątną o częstotliwości 980Hz. Podłączenie nie było łatwe, bo nie miałem jeszcze żadnych narzędzi pomocniczych w rodzaju płytek stykowch – skręcałem więc druciki i wciskałem je w dziurki na płytce rozwojowej z pomocą pociętej zapałki. Po kilkukrotnym upewnieniu się, że niczego nie poplątałem i nie wysadzę litery w powietrze, włączyłem zasilanie, ustawiając uprzednio ręcznie literę na pozycję ‘A’.

Obraca się. Kolejne znaki przeskakują, a ja czekam w napięciu. Już mija ‘N’. Czy uda się za pierwszą próbą nawiązać nić porozumienia z nieznanym programem w module, czy konieczne będzie żmudne analizowanie programu ze sterownika? Przelatują już polskie znaki, będące jednymi z ostatnich. Ł. Ń. Ó. Ś. Ź. Ż. Kropka. Myślnik. Ukośnik. To już zaraz! Małe n. Spacja. Dalej spacja. To złudzenie, wywołane podekscytowaniem, czy naprawdę stoi? Stoi! Wydałem z siebie głośny okrzyk radości i sprawdziłem ponownie zachowanie modułu, wyłączając i włączając zasilanie – znów nastąpił poprawny reset. Tak samo jak za każdą kolejną próbą. Kolejny sukces zaliczony, w bardzo krótkim czasie! Teraz zostało jednak dużo trudniejsze zadanie – zmusić moduł do obrócenia się na żądaną pozycję…

Uruchomienie litery z tablicy dworcowej, część I

Moduł tablicy który wziąłem ze sobą posiada dwudziestopinowe złącze. Do czego służy aż tyle pinów? Nie wiadomo i nie ma szybkiej drogi do zdobycia tych informacji – jeżeli nawet ktoś uruchomił te moduły przede mną, to nie udostępnił żadnych wskazówek w internecie. KZŁ Bydgoszcz też, rzecz jasna, nie opublikowało nigdzie protokołu sterowania. Pomyślałem o wystosowaniu zapytania do tej firmy – ale stwierdziłem, że zrobię to dopiero wtedy, kiedy uznam że nie uda mi się rozpracować sterowania samodzielnie.

Z takim nastawieniem usiadłem do pracy. Pierwszych osiem pinów nie sprawiło mi żadnych problemów – bardzo dobrze widać grube ścieżki na płytce łączące dwie pary pinów i prowadzące do odseparowanego od reszty układu zasilania silnika na 220V i pozostałe dwie pary które rozdzielają piny zasilające i nie są do niczego podłączone. Z pomocą multimetru ustawionego w tryb testowania ciągłości obwodu z łatwością zlokalizowałem 5 pinów połączonych z masą. Zostało już tylko 7. Dwa kolejne okazały się być zwarte ze sobą i prowadzić do małego układu scalonego, zaraz przy samym gnieździe. Wyszukanie jego numeru w sieci potwierdziło moje przypuszczenia – był to stabilizator napięcia, a badane piny przyjmowały dodatni biegun zasilania układu.

Zostało już tylko pięć pinów. Wszystkie prowadziły do serca modułu – mikrokontrolera. Według znalezionej przeze mnie dokumentacji, nie da się zrzucić z niego raz zapisanego programu. Pocieszające jest to, że musi być on bardzo prosty z racji małej dostępnej pamięci. Jedyne co mogłem zrobić, to opisać piny wyprowadzeniami mikrokontrolera do jakich były podłączone. W ten sposób uzyskałem nazwy A1, A6 i B0, odpowiadające portom µC o tych nazwach i mogące być właściwie czymkolwiek oraz RST i INT. RST to wyprowadzenie resetujące układ, więc do tego najprawdopodobniej służy pin, INT natomiast to sterownik przerwań – wyprowadzenie go na zewnątrz delikatnie zasugerowało mi, że na tym pinie może być prowadzona linia zegara taktującego transmisję danych do modułu. Nie musiało tak jednak wcale być, dokumentacja stwierdzała jasno, że w rolę kontrolera przerwań można wcielić dowolne złącze portu A, w tym 1 i 6, które również były dostępne wprost z gniazda modułu.

Tyle statycznej analizy wystarczyło. Wybrałem się do sklepu elektronicznego gdzie zakupiłem pasujące złącze, krótki odcinek taśmy pasującej do niego, wtyczkę do gniazdka i kabel do niej. W domu połączyłem to wszystko w całość, wyprowadzając napięcie z gniazdka sieciowego na odpowiednie złącza gniazda w module, zasilanie stałonapięciowe podłączyłem do zasilacza ustawionego na 9V, wartość leżącą w bezpiecznym przedziale stabilizatora. Włożyłem dwie wtyczki do wyłączonego przedłużacza i kilkukrotnie sprawdziłem poprawność połączeń. Będąc bardzo niepewnym tego, co miało nastąpić, ostrożnie wcisnąłem przełącznik na przedłużaczu.

W chwili kiedy lampka w przełączniku zapaliła się, sygnalizując obecność napięcia na gniazdach przedłużacza w pokoju rozległ się głośny dźwięk. Pierwszy sukces, moduł żyje! Obraca się! Pierwszy raz od chwili zerwania tablicy ze ściany tunelu, pracuje. Dźwięk opadających klapek zagłuszany jest przez chrobot hamulca na kołach zębatych. Coś cudownego. Ale zaraz, coś jest nie do końca tak, jak sobie wyobrażałem i czego w początkowej euforii nie zauważyłem – moduł kręci się bez przerwy, tak jakby oczekiwał na coś, czego nie dostaje. Samo zasilanie to za mało aby zatrzymał się na pustym polu. Wyłączyłem zasilanie i przystąpiłem do dalszych prac.

Jedną z płytek otrzymanych od Pana Mariana zidentyfikowałem jako bezpośredni kontroler modułów z tablicy – tylko jedna posiadała dwa dwudziestopinowe złącza (każdy z dwóch rzędów modułów miał oddzielną taśmę i w związku z tym, złącze). Uruchomiłem ją z pomocą tego samego zasilacza którego użyłem do ożywienia modułu i sprawdziłem stany pinów. Kilka miało stan niski (0V), kilka wysoki (5V), natomiast przy pinie oznaczonym przeze mnie jako INT zobaczyłem wskazanie w okolicach 2,5V. To jeszcze bardziej potwierdziło moje przypuszczenia – mój tani multimetr nie posiadał pomiaru TrueRMS, więc jeśli wartość zmieniała się w czasie – uśredniał ją. Takie wskazanie z pewnością oznaczało że coś się tam zmienia i sugerowało że faktycznie jest tam linia zegarowa. Spróbowałem oczywiście ustawić resztę pinów na takie stany jakie zmierzyłem (za wyjątkiem INT), nie przyniosło to jednak żadnych zmian – moduł wciąż kręcił się bez końca. Potrzebowałem zaprząc do pracy lepsze narzędzia…

Delegacja do Bygdoszczy

Dzień po powrocie z Opola wystosowaliśmy zapytanie do PKP w Bydgoszczy dotyczące możliwości pozyskania tablic. Zaskakująco szybko przyszła do nas odpowiedź, a po dwóch dniach dyrekcja w Gdańsku wydała decyzję – jak się okazało, pozytywną. Zanim jednak cokolwiek nam przekazano, zostaliśmy zaproszeni do Bydgoszczy na oględziny, abyśmy się upewnili, czy tablice spełniają nasze oczekiwania i czy na pewno chcemy je przejąć.

Ostatniego dnia maja wysiadłem wraz z dziewczyną z pociągu na jednym z kilku czynnych peronów remontowanego dworca w Bydgoszczy. Tablice czekały tak, jak kilka tygodni wcześniej, odgrodzone od dostępnej dla pasażerów części dworca. Na wizytę byliśmy jednak umówieni dopiero następnego dnia, musiałem więc zadowolić się tylko ich widokiem. Dzień później przekonałem się, jak wiele jeden dzień może zmienić.

Pierwszego czerwca PKP na kilku większych stacjach zorganizowało atrakcje z okazji dnia dziecka. Jedną z nich, pominiętą w oficjalnych zapowiedziach i przeznaczoną wyłącznie dla nas była wizyta za kulisami remontu Bydgoszczy Głównej. O poranku przeszliśmy przez wysłużone drzwi budynku administracji i przywitała nas dyrektorka dworca, wypytując o wystawę w jakiej będziemy chcieli wykorzystać tablice, gdzie właściwie ta galeria jest i czy na pewno będziemy w stanie je uruchomić. Moja dziewczyna wyjaśniła kwestie wystawiennicze, a ja zapewniłem że dysponuję wszelkim sprzętem potrzebnym do ożywienia tablic, niezależnie od tego jak skomplikowane jest sterowanie nimi.

Wkrótce później dołączył do nas kierownik budowy, który również wiedział o naszym przybyciu i w trakcie rozmowy obydwoje żałowali, że nie zgłosiliśmy się wcześniej, bo teraz zostało już tylko kilka ostatnich urządzeń – “Kilka miesięcy temu było ich pełno”. W momencie kiedy wstaliśmy od stołu i już mieliśmy przechodzić do właściwej części wizyty, tj. oględzin sprzętu, kierownik zasugerował że warto zadzwonić jeszcze po niewspominanego wcześniej Pana Mariana. Przybyły niemalże natychmiast, tajemniczy Pan Marian, okazał się być technikiem zarządzającym tablicami na i swego rodzaju dworcową szarą eminencją. Okazało się, że wbrew temu co sądziła dyrektor dworca i kierownik budowy, tablic jest więcej (Marian część schował) i że następnego dnia tablice miały być odebrane przez skup złomu (Marian już kilka dni temu zamówił złomiarza).

Zszokowany Pan Marian zapewnił że natychmiast odwoła złomowanie i zaprowadził nas przez tunel pocztowy do ogrodzenia za którym złożonych było kilka tablic, po czym przesunął kratę wpuszczając nas na teren budowy. Zmierzyliśmy urządzenia i zapytaliśmy się o możliwość ich transportu zwykłym samochodem dostawczym – wtedy okazało się, jak dużym problemem jest ich przewóz. Najmniejsze tablice ważyły około 100 kg, podczas gdy najcięższe (dwustronne, peronowe) ponad 250 kg. Bez specjalistycznego sprzętu nie da się czegoś takiego sprawnie przewieźć i nie mieliśmy pojęcia ile taki transport może kosztować.

Na moją nieśmiałą prośbę, Pan Marian otworzył jedną z tablic i otwierając kolejne osłony, opisał krótko jej wnętrze, wyjaśniając gdzie znajduje się sterownik i jak zamontowane są moduły literowe. Same moduły wyglądały przygnębiająco, wszystkie zatrzymane na tym samym, losowym znaku, część z nich wysunęła się też z szyn mocujących na skutek transportu.

Spytałem, czy mogę do testów zabrać jeden taki moduł ze sobą – Pan Marian nie tylko się zgodził, ale rozochocił się w kwestii współpracy. Zaprowadził mnie do pomieszczenia technicznego, gdzie z szafy wyjął kilka sporej wielkości koszy zawierających części z zezłomowanych już tablic. “Wie pan, litery wysyłałem na inne dworce, a to zachowałem. Przyda się Panu może?” – podekscytowany odpowiedziałem twierdząco na to pytanie i odebrałem od Pana Mariana części sterownika tablicy, chciał mi też zaoferować panel rozdzielczy z bezpiecznikami, ale nie był mi potrzebny do niczego, więc odmówiłem.

Pan Marian miał już zaplanowaną dalszą część wycieczki, gdy pojawił się jego współpracownik, mający ewidentnie inne podejście do pomysłu wykorzystania tych urządzeń: “Marian, po co ty to im dajesz, co oni będą robić z tymi tablicami?”. “No, będą sobie różne rzeczy wyświetlać” – odpowiedział Pan Marian. Chwilę potem, sam zostałem spytany: “Panie, jak pan chcesz to uruchomić, bez specjalnego komputera nic pan z tym nie zrobi. Chyba tylko sobie Pan kółkiem pokręci”. Nie chcąc kontynuować tej bezproduktywnej dyskusji odpowiedziałem, że nie takie rzeczy już się uruchamiało i wyszedłem z pomieszczenia. “Niech pan nie słucha kolegi, to pesymista.” – skwitował Pan Marian. “Człowiek zbudował to i człowiek uruchomi” – dodał.

Kolejnym etapem oprowadzania była wizyta w pomieszczeniu dworcowej megafonistki, to właśnie tam znajdowało się serce systemu informacji pasażerskiej, tj. główny komputer sterujący, a do zadań megafonistki należało również wprowadzanie danych do tego systemu. Na biurku stały trzy monitory komputerowe – jeden należał do częściowo już uruchomionego, nowego systemu informacyjnego (też produkcji KZŁ), dwa pozostałe – do starego. Jeden do użytku megafonistki, drugi dla serwisanta. Komputery połączone były interfejsem szeregowym ze skrzynką zawierającą kilkanaście kwadratowych płytek drukowanych wypełnionych podzespołami – to właśnie był komputer główny. Pan Marian pozwolił na jego dokładne sfotografowanie i stwierdził, że gdyby nie to że jeszcze przez kilka miesięcy stary system będzie musiał pracować, to ten komputer też by nam oddał.

Moją uwagę zwróciły drobniutkie druciki jakimi dane z komputera były wyprowadzone do tablic (na tych samych drutach realizowana jest też transmisja głosu). Analogowa transmisja takim medium na taką odległość wzbogaca sygnał o wiele zakłóceń, co doskonale słychać po głosie megafonistki. Na żywo jest wręcz krystalicznie czysty, na peronie ciężko jest zrozumieć nawet nazwę stacji docelowej pociągu.

Kilka minut później kierownik budowy zapewnił nas, że tablice mogą zostać na terenie budowy jeszcze kilka tygodni i Pan Marian odprowadził nas do tunelu, zapewniając że za chwilę odwoła złomowanie tablic. Tego samego dnia wróciłem do Wrocławia i od razu zabrałem się za analizę otrzymanych na dworcu urządzeń, aby móc jak najszybciej uruchomić posiadaną literę…

Tablice dworcowe – Prolog

Cyfrowa rewolucja ostatnich lat codziennie daje o sobie znać nowinkami przekraczającymi kolejne techniczne granice – coraz cieńsze telefony i telewizory, coraz większe rozdzielczości ekranów i coraz mniejsze rozmiary urządzeń które robią więcej niż kiedykolwiek wcześniej mogły robić. Jedną z wielu cech odróżniających te produkty od swoich poprzedników jest coraz mniejsza liczba ruchomych części. Mechanika jest zawodna i jeśli coś się porusza – to jest absolutnie pewne że się zepsuje. Jedyną do ustalenia kwestią jest po ilu cyklach pracy się to stanie.

Zmniejszanie liczby elementów ruchomych dotknęło wcześniej choćby telefonów i odtwarzaczy muzycznych. Współczesne dyski twarde SSD można bez obaw uderzać podczas pracy – brak poruszających się części czyni je wręcz niezniszczalnymi w porównaniu do poprzedników. Ten właśnie trend uczynił przestarzałymi bohaterów tego wpisu – mechaniczne tablice informacyjne od lat obecne na dziesiątkach dworców kolejowych i lotnisk na całym świecie.

Od zawsze byłem nimi zafascynowany i za każdym razem kiedy wybierałem się w podróż kolejową czekałem kilka minut przed ogromną tablicą wrocławskiego dworca wiedząc, że już za chwilę dźwięki opadających klapek wypełnią halę obwieszczając odjazd kolejnego pociągu. Nie jestem odosobnionym przypadkiem – właściwie każda wymiana takich tablic na elektroniczne wywołuje mniejsze lub większe niezadowolenie.

Tablice z ekranami diodowymi lub LCD są zwyczajnie lepsze. Nie tylko potrafią wyświetlić dużo więcej informacji i nie wymagają pracochłonnej wymiany klapek kiedy trzeba wprowadzić choćby nową nazwę pociągu – przede wszystkim, nie wyświetlą przekłamanej informacji kiedy ulegną awarii. Kilka błędów w nazwie miasta docelowego nie będzie dla nikogo problemem, ale godzina odjazdu zmieniona o 10 minut, czy błędnie wyświetlony numer lotniskowego terminala może poważnie przeszkodzić w podróży.

Kiedy remontowano wrocławski dworzec, los jego tablic był pierwszą rzeczą o której pomyślałem. Mój zapał skończył się jednak tylko na pomyśle zakradnięcia się na teren budowy i przechwycenia kilku tablic. Pomysł był nie do zrealizowania nie tylko dlatego że remont trwał przez całą dobę, ale jak się później przekonałem – tablice są tak ciężkie, że w pojedynkę nie da się z nimi daleko uciec. Myślałem też o kupnie takich urządzeń – na zagranicznych portalach aukcyjnych czasami pojawiały się moduły takich tablic. Astronomicznie wysokie ceny skutecznie mnie jednak odstraszały. Polski ich producent, KZŁ Bydgoszcz na swej stronie miał pełną ich ofertę, brakowało w niej jedynie cen. Znając jednak rynkowe ceny wysłużonych urządzeń, domyśliłem się że jeżeli nawet KZŁ zdecyduje się coś dla mnie wykonać, to będę musiał wziąć kredyt żeby za to zapłacić.

Lata mijały, KZŁ w miejsce opisu swoich tablic paletowych wstawiło zdjęcia nowych tablic z ciekłokrystalicznymi ekranami, kolejne polskie dworce wypełniały się nimi, a moja fascynacja nie mijała. Pogodziłem się z myślą, że prawdziwych nigdy nie dostanę i zacząłem myśleć o zbudowaniu własnych modułów, bazując na kilku otwartych projektach dostępnych w sieci. Zanim jednak udało mi się znaleźć potrzebne materiały wydarzyło się coś, co odsunęło te plany na później.

Wracając z dziewczyną z Opola czekaliśmy na peronie na pociąg zaraz pod tablicą peronową która wyświetlała już nazwę stacji końcowej i godzinę odjazdu. Zwróciłem uwagę na niedokładnie zamontowaną osłonę w jej wnętrzu, co pozwalało na podejrzenie kilku jej podzespołów. Moja dziewczyna nie podzieliła mojego zainteresowania, ale za to usłyszałem coś dużo ważniejszego – kierowniczka galerii sztuki w które pracuje przejeżdżała niedawno przez remontowany dworzec w Bydgoszczy i na rozkopanych peronach zauważyła zdjęte tablice oczekujące na swój dalszy los. Była zainteresowana ich pozyskaniem, ale miała wątpliwości czy będzie się dało nimi sterować bez oryginalnej aparatury.

Podekscytowany, zapewniłem że sterowanie to nie problem i że na pewno się da – na końcu systemu na pewno jest komputer lub inne urządzenie elektroniczne którego zachowanie da się zreplikować. Nie byłem tylko pewien, czy tak deficytowy towar uda się przejąć od PKP? Nigdzie w internecie nie znalazłem dowodu na to, żeby polskie tablice trafiły w czyjeś prywatne ręce. Analogicznie, za granicą też nie było takich przypadków bardzo dużo. Kilka następnych dni bardzo szybko przyniosło odpowiedź na to pytanie.

Chaos trip 2

Prognozy pogody na weekend były optymistyczne, postanowiłem więc ponownie wybrać się na wycieczkę po Polsce. W trochę innym stylu – podczas pobytu w stanach nauczyłem się że nie ma sensu się spieszyć, lepiej zobaczyć więcej ciekawych rzeczy w trzech albo czterech miastach, zamiast przebiec się po dziesięciu. Warto też wiedzieć co się widzi, żeby potem nie opisywać tego jako “niezidentyfikowane obiekty”.

Podróż rozpoczęła się wyjazdem do Poznania. Na samym początku próbowałem wymknąć się z WC nie płacąc, ale czujne oko babci klozetowej powstrzymało mnie. Potem poszedłem do KFC aby zjeść cokolwiek i przeczekać 3 godziny które dzieła mnie od następnego pociągu w komfortowym miejscu. Dosiadłem się do kobiety czytającej książkę “Makabryczna gra”. Okazało się że jedzie tym samym pociągiem co ja i w dodatku pochodzi z jednego z miast odwiedzonych już przeze mnie – Szczecinka. dowiedziałem się że ominęła mnie wielką atrakcja tego miasta – fabryka płyt wiórowych (ponoć, miejsce pracy 3/4 mieszkańców Szczecinka, ale nie mojej rozmówczyni). Kolejny powód żeby nie spieszyć się podczas zwiedzania. Ona sama była we Wrocławiu i bardzo się jej podobało szczególnie to, że w przeciwieństwie do Szczecinka, miasto nocą nie zasypia.

Podróż spędziłem na siedzeniu w korytarzu. Nie udało mi się upolować miejsca w przedziale – ale też strasznie o to nie zabiegałem. Na korytarzu jest przynajmniej przewiewnie, a sama podróż nie trwa długo. Zaczepił mnie azjata, który nie wiedział gdzie jedzie wagon w którym się znajdujemy (pociąg był rozdzielany w Warszawie). Właściwie to nie wiem, czy jest inny sposób na sprawdzenie tego niż spytanie konduktora. Jedna część składu jechała do Terespola i było to widać po osobliwych, Białoruskich pasażerach. Równo ze wschodem słońca wysiadłem na dworcu Łowicz Główny.

Pierwsze wrażenie – dworzec mało porażający. Jest bardzo zimno. poczekałem około pół godziny i wybrałem się na długi spacer. Łowicz to małe miasto i tak jak Sczecinek, pogrąża się we śnie kiedy zapada zmrok. Jeszcze nie obudziło się do życia. Jedynie wokół sklepu monopolowego panował ruch. Szybko dotarłem do starego rynku, zobaczyłem zamknięte muzeum i budynek urzędu miejskiego oraz bazylikę katedralną. Następnie wybrałem się nad brzeg rzeki, gdzie mgła unosząca się nad nią sprawiła że miejsce wyglądało niesamowicie. Potem rundka wokoło miasta i wizyta w lokalnym supermarkecie – kasjerka Iwona była zasmucona moim pytaniem i po krótkiej rozmowie doszła do wniosku że w Łowiczu nie ma nic ciekawego co można by oglądać. W drodze powrotnej zobaczyłem jeszcze jednak kilka ciekawych pomników – m.in. Józefa Piłsudskiego i Władysława Grabskiego. Zobaczyłem też tajemniczą wieżę która okazała się częścią kompleksu romantycznego gen. Klickiego. Wróciłem dziwnym skrótem łamiącym przepisy na dworzec i poczekałem na następny pociąg. Chciałem pojechać do Torunia, albo Inowrocławia. Jednak kiedy za szybą zobaczyłem napis “Sochaczew” pomyślałem że coś jest nie tak… kiedy zobaczyłem “Błonie” byłem już pewien. Pytanie do współpasażerów upewniło mnie w przekonaniu, że właśnie jadę do Warszawy.

W Warszawie nie zabawiłem długo. Wyszedłem na powierzchnię, sprawdziłem tylko czy pałac kultury jest na swoim miejscu i wróciłem na perony. Za chwilę miał odjeżdżać pociąg do Torunia. Wsiadłem. To była do tej pory najfajniejsza podróż. Jechałem z małżeństwem onkologa i prawniczki z warszawy, amatorką Indii, oraz z tajemniczym facetem – chyba też prawnikiem. Oni byli pasjonatami podróży do azji, a on sprzedał dwa samochody żeby jeździć pociągami. Małżeństwo wybierało się na weekend do Torunia i mieli interesujący spis ciekawych rzeczy, razem z trasą wokół starówki. Ten plan poczytałem i dzięki temu mój plan zwiedzania mógł wyglądać mniej chaotycznie.

Pierwsza rzecz jaką widziałem to oczywiście dworzec. Ma on ciekawa budowę – budynek jest usytuowany pomiędzy peronami. Po wyjściu z niego i minięciu licznych jednostek policji, udałem się, za znakami, na most Piłsudskiego. Widać z niego piękną panoramę starego miasta. Spotkałem tam też małżeństwo z pociągu – “ten przedział mogli odłączyć” – on zażartował. Potem spotkaliśmy się jeszcze raz, kilka godzin później na starym mieście. Po dotarciu do celu przekonałem się jak ładnym miejscem jest Toruń. Wiele pięknie zrobionych kamienic, ratusz, budynek poczty, fontanny – to wszystko stwarza unikalny klimat w mieście najwybitniejszego polskiego astronoma. Nawet bez opisu atrakcji, większość z nich od razu rzuca się w oczy – tak jak przepięknie zdobiony Dom pod Gwiazdą.

Spacerując starym miastem, na chodniku przy jednej z ulic można zobaczyć herby jakimi kiedyś posługiwali się miejscowi kupcy. Można również zobaczyć świetnie zachowane spichlerze – jeden z nich ma aż 8 kondygnacji, to pamiątka po hanzeatyckiej historii miasta. Niedaleko rynku można natknąć się na ruiny zamku krzyżackiego (założycieli Torunia). Pełne zabytków stare miasto otoczone jest pozostałościami murów obronnych świadczących o fortecznej historii Torunia. Wyróżniającą się częścią tych murów jest krzywa wieża – baszta która przechyliła się po osunięciu podłoża. W starym mieście znajdują się też zabudowania Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, a zaraz obok Collegium Maium stoi budynek aresztu śledczego. Jego okrągły kształt od razu przywiódł mi na myśl Panoptikon – nie wiem jak jest w środku, ale rzeczywiście jego projektant inspirował się tą koncepcją.

Z Toruniem, oprócz Kopernika i znanej rozgłośni radiowej kojarzą się pierniki. Zgodnie z tym co przeczytałem – do dziś przetrwał tylko jeden ich producent. Monopol ten doskonale widać, ceny pierników są bardzo wysokie. Mimo tego i mojej niechęci do pierników, chciałem spróbować jednego z ciekawości – długie kolejki ostatecznie mnie jednak zniechęciły. Stare miasto roi się od zabytków, ale to przecież nie jest wszystko – wybrałem się na dalszy spacer.

Nieopodal rynku znajduje się fontanna Cosmopolis, obrazująca układ słoneczny – ponoć wygląda ona pięknie nocą za sprawą efektów świetlnych. Zaraz obok fontanny znajduje się niecodziennie wyglądający pomnik planetoidy Toruń. Zobaczyłem też centrum sztuki współczesnej, muszę przyznać że robi wrażenie – nie widziałem w życiu większych drzwi przesuwnych. Przed jego budynkiem znajdowała się dziwna instalacja złożona ze sznurków, obuwia, konewki i doniczek z kwiatami oraz płyta informująca o położeniu dawnych fortyfikacji. W Toruniu jest też zabawny pomnik Kargula i Pawlaka, postawiony oczywiście przed kinem. O jego istnieniu dowiedziałem się z drogowskazu, kiedy miałem już zbierać się na dworzec. Mimo tego chętnie poszedłem go obejrzeć.

Ostatecznie, rozpocząłem spacer w kierunku dworca. Po drodze zobaczyłem ogrodzony teren na którym znajdowały się historycznie wyglądające zabudowania – potem okazało się ono Parkiem etnograficznym. Po drodze napotkałem pomnik Piłsudskiego i zorientowałem się o jeszcze jednej rzeczy która mi się tu bardzo podoba, a wcześniej podświadomie nie zwracałem na nią uwagi – na wielu trawnikach znajdują się malowniczo wyglądające rabaty.

Znalazłem się w pociągu do Bydgoszczy, w przedziale z dziewczyną wiozącą kota wracającego z wakacji. Spytana o atrakcje Bydgodzczy wymieniła kilka – Filharmonia, Wenecja, Dolina śmierci. Poza tym była przekonana, że nic ciekawego i wartego zobaczenia tam nie ma. Po dotarciu na miejsce, będąc już mocno wycieńczonym, postanowiłem przenocować w schronisku ulokowanym nieopodal dworca. Następnego dnia, współlokator polecił mi jeszcze kilka ciekawych miejsc i wybrałem się w podróż.

Na początek, wybrałem się na Fordon – to odległa dzielnica i podróż autobusem trwa tam długo. Na miejscu zobaczyłem mały rynek, oraz kilka zabytkowych budowli, m.in fordońskie więzienie. To właśnie na Fordonie znajduje się wspomniana wcześniej dolina śmierci – miejsce w którym Niemcy zamordowali około 1200 Polaków i Żydów. Obecnie znajduje się tam pomnik upamiętniający te wydarzenia. Po spacerze wokół starych zabudowań zakończyłem swoją wizytę na Fordonie i wróciłem do centrum miasta.

Postanowiłem przespacerować się ulicą Gdańską, a potem zobaczyć bazylikę, której kopuła widoczna jest z oddali i przypomina trochę toruńskie planetarium. Gdańska to ładny deptak, po obu stronach ulicy usytowane są zabytkowe kamienice. Jest też fontanna która przypomina zmniejszoną wersję Cosmopolis. Po ulicy jeżdżą też tramwaje, które w przeciwieństwie do tych w większości polskich miast – jeżdżą po węższych torach, o szerokości 1000mm. Nie trzeba specjalnie zwracać na nie uwagi, żeby zobaczyć że wyglądają inaczej. Z Gdańskiej skręciłem w stronę al. Mickiewicza, gdzie napotkałem niebywałą rzeźbę, wykonaną w uschniętym drzewie. Ciekawie wygląda, jednak bardzo ciężko znaleźć o niej jakieś informacje. Dopiero dłuższe śledztwo wyjaśnia że nazywa się ona “Przebudzenie elfów”.

Kiedy doszedłem do bazyliki, moim oczom ukazał się ogromny budynek zwieńczony kopułą. Samo obejście go zajmuje kilka minut. To dość “nowy” zabytek, zbudowany w 1939 roku – wygląda mimo to imponująco. Dalszy etap podróży to stare miasto – wszyscy których spytałem określali je jako nudne. Zostałem jednak pozytywnie zaskoczony. Pierwszym akcentem była rzeźba “Przechodzący przez rzekę”, przedstawiająca mężczyznę balansującego na linie. Z mostu Sulimy-Kamińskiego roztacza się też ładna panorama zabudowań na brzegach Brdy. Na rynku, na którym trwał właśnie turniej piłki nożnej mieści się duży pomnik pamięci ofiar faszyzmu. Następnie udałem się na spacer po wyspie Młyńskiej, aby zobaczyć Wenecję Bydgoską. Budynki umieszczone przy rzece wyglądają malowniczo, chociaż widać że poważnie nadgryzł je już ząb czasu. Ale to ma się poprawić – widać że prowadzone są prace budowlane, sama wyspa też ma zostać zrewitalizowana – tak przynajmniej mówią tablice informacyjne.

Szybko można stracić rachubę czasu spacerując takimi okolicami. Kiedy w końcu zdecydowałem się jechać następnym pociągiem, do odjazdu było 45 minut, a ja nie wiedziałem jak dostać się na dworzec. Po długim marszu okazało się że tablice informacyjne w przejściu podziemnym okłamały mnie i najszybciej dostanę się pieszo… do odjazdu 22 minuty – szybko sprawdziłem jak dotrzeć na miejsce za pomocą GPSa – informacja “przewidywany czas: 23 min” nie zabrzmiała optymistycznie, ale jako że przemieszczam się szybko, udało mi się dotrzeć na miejsce ze sporym zapasem czasu.

W pociągu do Warszawy, korzystając z resztek baterii w telefonie, sprawdziłem jak będę mógł wrócić do domu – okazało się że mogę zrobić sobie jeszcze jeden przystanek po drodze na jakieś 1,5h – a potem z Warszawy wrócić do Wrocławia. 1,5h to stanowczo za mało na dłuższe zwiedzanie. Jako fan twórczości Kultu i z racji tego że zbliżał się zmierzch, zdecydowałem wysiąść na dworcu w Kutnie – gdzie, według piosenki, jest tak brudno i brzydko że pękają oczy.

Tunel pod peronami poważnie zawiódł mnie – był wyremontowany i czysty, budynek dworca z zewnątrz też prezentował się całkiem nieźle. W środku już trochę lepiej – ale wciąż nie było to to, czego oczekiwałem. Kutno jest dworcem międzynarodowym, co widać po tablicy odjazdów – i faktycznie przydałby się tu lepszy dworzec, ale obecny nie wyróżnia się niczym szczególnie złym spośród tych na których do tej pory byłem. Jedyne co szczególnie utkwiło mi w pamięci, to bar dworcowy – wygląda mało zachęcająco, jakby był żywcem wyjęty z epoki PRL. Na dworcu pojawił się bezdomny, ale SOKiści szybko go przepędzili. Zero atrakcji jakich się spodziewałem.

W Warszawie miałem do przeczekania kilkadziesiąt minut do pociągu powrotnego. Na ten pociąg czekały tłumy, ale dobre miejsce na peronie zagwarantowało mi komfortową, ale samotną przejażdżkę w wagonie 1. klasy (“przerobionym” na drugą). Ustawiłem klimatyzację i sam nie wiem kiedy zasnąłem – pamiętam że pociąg minął Pruszków, a zaraz potem nagle zobaczyłem napis “Wrocław Główny”. A może to te Koleje Dużych Prędkości testują?

Sama podróż mimo że krótsza (1447 km) była dużo ciekawsza niż poprzednia. Dużo przyjemniej jest po prostu pozwiedzać sobie ciekawe miejsca, zamiast biec na następny pospieszny.

Chaos trip

Jakiś czas temu, dowiedziałem się o promocji organizowanej przez PKP IC – bilecie podróżnika. Stwierdziłem że ciekawie byłoby wybrać się w weekendową podróż, w bliżej niesprecyzowane miejsca. Jak pomyślałem, tak zrobiłem i w piątek drugiego lipca o 19:00 trzymałem już w ręce bilet umożliwiający przejazd wszystkimi pociągami TLK. Aby nie marnować czasu, wsiadłem do pierwszego pociągu jaki odjeżdżał z Wrocławia.

Podróż minęła bez specjalnych atrakcji, przed zachodem słońca wyszedłem z budynku dworca. Szybko jednak do niego wróciłem – zrobiło się ciemno, co zwiększyło aktywność komarów i na dworze nie dało się wytrzymać. Mam tylko jedno zdjęcie z tego miasta – i jest to zdjęcie właśnie dworca.


Będąc już na peronie, w trakcie wspólnego odganiania się od komarów, poznałem bardzo rozgadaną i miłą dziewczynę – jechała jednak innym pociągiem i wysiadała trochę bliżej Brzegu niż ja.

Najbliższy pociąg jechał do Świnoujścia. Dawno nie byłem nad morzem, więc wiedziałem już gdzie wysiądę. Pociąg był bardzo zatłoczony – jednak jakimś cudem znalazłem miejsce w przedziale w którym były tylko dwie dziewczyny. Po tym jak wysiadły we Wrocławiu, podróżowałem długo sam – dopiero po kilkuset kilometrach przysiadła się do mnie para w młodym wieku. Wysiedli oni nad ranem w Międzyzdrojach, a ja niedługo później opuściłem pociąg na stacji końcowej.

Ta część Świnoujścia na której jest dworzec nie zapewnia wielu atrakcji, poza kioskiem Ruchu. Odczekałem więc swoje i wsiadłem na pokład promu który zabrał mnie na tę ciekawszą część. Kiedy po kilku minutach byłem już na drugim brzegu, będąc zmęczonym i po podróży, postanowiłem się odświeżyć kąpielą w morzu Bałtyckim i pomaszerowałem prosto na plażę. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłem nad morzem, sprawdziłem więc jak bardzo słona jest w nim woda. Do picia specjalnie się nie nadaje. Odświeżony zjadłem śniadanie mistrzów (bułka i banan) i wyruszyłem w dalszą drogę.

Ze Świnoujścia nie bardzo jest gdzie jechać dalej – a więc musiałem cofnąć się wgłąb kraju.

Kilkugodzinna podróż do szczecina była już ciekawsza niż poprzednie. Dwóm starszym kobietom niesamowicie spodobał się mój pomysł na podróż. Dostałem dokładny plan podróży po Gdańsku i tyle propozycji miast do których mógłbym pojechać, że wystarczyłoby na dwutygodniową wycieczkę. Poczęstowały mnie też orzechowymi ciastkami kupionymi w Świnoujściu.

Krótka podróż po tym mieście minęła bez szaleństw, zrobiłem spacer ulicami wokół dworca i sfotografowałem kilka ciekawszych obiektów na pamiątkę.

Na peronie podstawiony był już pociąg do trójmiasta – wciąż nie byłem pewien które z tych miast odwiedzić na początku, moje wątpliwości pomógł mi rozwiać konduktor.

Szczerze mówiąc, polecam Gdańsk.

Pociąg był z tych lepszych – nowy wagon z sześcioma fotelami w drugiej klasie, towarzystwo też miałem ciekawe. Grupa młodzieży wracającej z konwentu mangowego. Nie wyglądali na szczęście jak stereotypowi wielbiciele takich rzeczy. Podróż byłaby idealna, gdyby nie to że co jakiś czas pociąg przejeżdżał przez mało aromatyczne miejsca.

Po kilku godzinach dojechałem do Gdańska i udałem się do KFC aby zjeść pierwszy od wyjazdu ciepły posiłek. Gdańsk okazał się rzeczywiście ciekawym miejscem, mimo tego że zwiedziłem głównie okolice stoczni – bardzo mi się tam podobało. Okolice te polecam, szczególnie warto pooglądać tamtejsze murale. W drodze powrotnej krążyłem trochę mniejszymi uliczkami czego efektem było napotkanie kilku zabytkowych budynków i pomników.

Po dotarciu na dworzec wziąłem prysznic i wybrałem się na następny pociąg.

Po kilku minutach jazdy, byłem już w kolejnym mieście aglomeracji. Było już po zmroku. Postanowiłem wybrać się na molo. Moje zmęczenie odbiło się na sprawności umysłowej i skręciłem na plażę zbyt wcześnie. Naleciało mi przez to piachu do butów i cały odświeżający efekt prysznica prysł. Wizyta na sopockim molo w nocy ma tę zaletę, że jest za darmo. Poza molo i klubami nie ma jednak w Sopocie miejsc które można odwiedzić około 23:00 (a przynajmniej takich nie znalazłem). Udałem się na dworzec, z zamiarem wyjazdu do Gdyni. Zdążyłem jednak zobaczyć tylko odjeżdżający pociąg.

Byłem już bardzo zmęczony – ale co ciekawe, wcale nie głodny. Odwiedziłem dworcowy bar Kebabistan, gdzie zamówiłem mocną kawę. Nie pozwoliło to jednak wygrać ze zmęczeniem, a następny pociąg odjeżdżał dopiero za dwie godziny. Zostałem w barze z pustą filiżanką – ciągły ruch w nim sprawiał że ciężko było mi zasnąć. A gdybym zasnął, to od razu coś z takim klientem by zrobili. Co chwilę patrzyłem na zegar, potem na twarze ludzi z obsługi i w końcu znów wbijałem wzrok w dno pustej filiżanki. W końcu nadeszła godzina w której mogłem wyjść na peron.

Miałem wrażenie że gdyby pociąg spóźnił się kilka minut, zasnąłbym na stojąco na peronie. W dodatku na dworze było chłodno i marzłem. W końcu zobaczyłem światła w oddali i niedługo później mogłem wejść do wehikułu, którym miałem jechać na Hel. Sprawdzałem przedział po przedziale, wszystkie jednak były obsadzone. W końcu, po spacerze przez kilka wagonów, dotarłem do przedziału zajętego tylko przez jedną miłą dziewczynę. Okazało się że ta część składu jedzie do Kołobrzegu – ale mi przecież było bez różnicy gdzie jadę, więc nie zmieniałem już miejsca. Poza tym, skoro byłem w Brzegu, to Kołobrzeg też wypadałoby odwiedzić.

Porozmawialiśmy chwilę, ale obydwoje prawie od razu zasnęliśmy. To była jej pierwsza – i bardzo długa podróż pociągiem, spędziła w nim niewiele mniej niż ja do tej pory w czasie tego weekendu. Po moim przebudzeniu się zasłoniła za mnie zasłony i poczęstowała sokiem. Jedna z zasłonek spadła, ale to akurat dobrze – miałem się czym przykryć. Bardzo przyjemnie nam się rozmawiało, a kiedy opowiedziałem co robię – uznała że pomysł na taką podróż jest szalony. Dużo czasu razem nie spędziliśmy – niedługo później za oknem zobaczyłem tablicę stacji docelowej. Pomogłem jej wynieść bagaże i wybrałem się w podróż wokół miejscowości.

Pierwszym miejsce jakie odwiedziłem była “Biedronka” gdzie zakupiłem śniadanie mistrzów. Po zaspokojeniu głodu zrobił spacer wzdłuż wybrzeża. W Kołobrzegu też jest molo – jako że było płatne, nie zdecydowałem się wejść na nie. W końcu w Sopocie już na takim czymś byłem. Po dokładnym obejrzeniu co ciekawszych rzeczy na wybrzeżu wybrałem się z powrotem na dworzec, którego remont dobiegał właśnie końca.

Skoro był Brzeg i Kołobrzeg, to po Szczecinie musi być Szczecinek. Podróż była dość krótka i minęła bez specjalnych atrakcji – podróżowałem w otwartym przedziale. Jedynie komunikat o trasie pociągu był zabawny, przez głośniki usłyszałem powiedziane skacowanym głosem:

Pociąg zatrzymuje się na stacjach takich jak w rozkładzie jazdy.

W tym pociągu po raz pierwszy ułożyłem sobie plan dalszej podróży – tak aby móc wrócić do domu jeszcze kiedy bilet będzie ważny.

Szczecinek po wyjściu z budynku dworca nie prezentuje się zachęcająco – miałem wątpliwości czy znajdę miejsce w którym będę mógł zjeść coś na ciepło. Po dość długim spacerze moim oczom ukazał się budynek jakiegoś dziwnego fast-fooda, nie chciałem jednak katować żołądka. Kilkaset metrów dalej – tak jakbym wszedł do innego miasta. Okolice Szczecineckiego rynku i sam rynek są bardzo ładne – i jest tam wszystko, nawet Biedronka. Zjadłem pizzę, pozwiedzałem trochę i wróciłem na dworzec. Gdyby nie był on na obrzeżach miasta, robiłoby ono dużo lepsze wrażenie. Bo chociaż Szczecinek mi się podobał, to trochę kilometrów musiałem przejść zanim zaczął mi się podobać.

Podróż do Ustki była ciekawa z kilku względów. Najpierw do przedziału ze mną przysiadła się dziewczyna, która nie wytrzymała kiedy podrywał ją inny podpity pasażer. Jechała do Słupska, a pomysł takiej weekendowej wycieczki bardzo się jej spodobał. W międzyczasie odbyło się poszukiwanie portfela zgubionego przez wcześniejszych pasażerów. W końcu, przy sprawdzaniu biletów, już za Słupskiem, konduktor mojemu współpasażerowi bilet zabrał, a mi odpowiedział:

O, pan to tylko na grzyby jedzie.

Żaden z nas nie wiedział o co mu chodziło. A co do Ustki – na plaży tłok, w sklepach drogo – w końcu to miejscowość wypoczynkowa. Zrobiłem spacer uliczkami napotykając kilka osobliwych plakatów, jednak nie znalazłem mojego aktualnego celu – Biedronki. Wracałem już na dworzec, kiedy zobaczyłem osobę pijącą wodę pochodzącą z tej sieci sklepów. Okazało się że przeoczyłem dobrze ukryty lokal. Potem już tylko powrót na dworzec i oczekiwanie na następny pociąg.

W podróży do Gdyni towarzyszył mi ten sam konduktor co w pociągu do Ustki. Jechałem w przedziale z samymi kobietami – kiedy przyszedł sprawdzić bilety usłyszałem:

Panie witam, a pana nie witam – panu zazdroszczę […] Panu nie sprawdzam, pan tu na grzyby.

Do Gdyni dotarłem w trakcie kiedy odbywał się Open’er festival. Szukałem jakichś ciekawszych miejsc, jednak jedyną ciekawą rzeczą był trolejbus. Poza tym, w Gdyni szału nie było – choć może to dlatego że czasu miałem niewiele.


Pociąg powrotny zgodnie z planem miał być we Wrocławiu o 5:54 i nim wróciłem do domu, uważając żeby nie przespać stacji. Zmęczony i wykończony wróciłem do domu, ale na pewno pojadę jeszcze kiedyś na taką wycieczkę. To świetna zabawa. Podczas tej przebyłem koleją 2210km, a gdybym na każdy pociąg kupował oddzielny bilet wydałbym 230zł. Czysta oszczędność :)

Better INI backend for Config::Model

Current ini_file backend built into Config::Model works pretty well, but not for all files. Config::Tiny module (used for reading INI files) makes assumption that a variable name cannot be repeated in one section. This statement is true only for about 99% of INI files. Look at the following fragment of valid Kismet config file:
Continue reading

Creating configuration model for Kismet

Introduction

Hi everybody!

I’m happy to announce that I have been chosen as a student working on GSoC “Improve Config file Upgrades” project for Debian (mentored by Dominique Dumont). Since it’s my first blog post, it’s time to introduce myself:

My name is Krzysztof Tyszecki and I’m third year CS student at Wroclaw University of Technology (faculty of Fundamental Problems of Technology). I’m using GNU/Linux since about 5 years (Gentoo Linux for about ~4 years, now Debian and Arch).

If after a few months you will simply forget about manually editing configuration files after upgrades, that will mean that this project had succeeded. Dominique nicely described some technical details in post at his blog.
Continue reading