Uruchomienie litery z tablicy dworcowej, część III

Nie miałem jeszcze zrzuconego programu ze sterownika, więc postanowiłem spróbować metody brute force – do programu generującego przebieg prostokątny dodałem możliwość sterowania czterema pozostałymi pinami – ustawiając ich stan na niski, wysoki, lub co najważniejsze – losowy, zmieniający się z każdą zmianą stanu pinu zegarowego. Dodałem też możliwość generowania różnych ciągów losowych na różne piny, lub użycia jednego na kilku. Na koniec zaimplementowałem bardzo ważną funkcję – zapamiętywanie tego, co zostało wysłane i przerywanie transmisji za dotknięciem jednego klawisza. Ponownie podłączyłem moduł do płytki rozwojowej za pomocą zapałek i uruchomiłem zasilanie.

Po poprawnym resecie wydałem pierwsze polecenie – losowy przebieg na A1. Chwila oczekiwania i… nic. Losowy przebieg na A6 – to samo, głuche nic. Te same losowe wartości na A1 i A6 – nic. Losowe, różne od siebie, wartości na A1 i A6? Czekam… czekam… i wtem silnik kręci! Podekscytowany czekałem na zatrzymanie i obejrzałem pełny obrót modułu. Po prostu wrócił do pozycji początkowej – prawdopodobnie mikrokontroler zresetował się samoczynnie po otrzymaniu danych z mojej płytki. Mimo wszystko był to jednak sukces – zmusiłem go do tego resetu sam, więc najprawdopodobniej do sterowania wystarczą tylko piny A1 i A6.

Wykonałem kolejną próbę, która zakończyła się jeszcze ciekawiej – moduł zaczął kręcić się bez końca. Jeszcze ciekawszy problem – pomyślałem i zresetowałem go prądowo. Kolejna próba przyniosła reset taki jak za pierwszym razem. Spodziewałem się, że jeszcze co najmniej kilkanaście prób czeka mnie przed zbliżeniem się do rozwiązania, ale wiedziałem że jest ono całkiem blisko. Następna próba potwierdziła moje oczekiwania – po chwili bezruchu silnik zaczął się obracać aby zatrzymać się niemal natychmiast, na literze “D”. Szybkie zatrzymanie wysyłania danych i okrzyk radości oznaczający kolejny sukces.

Przypadek, czy nie? Zgrałem zapisaną transmisję ze swojej płytki i umieściłem ją w programie po czym ponowiłem próbę. Moduł bez chwili zawahania obrócił się znów do litery D. Działa! Gdzieś pośród prawie dwóch tysięcy bajtów które wysyłałem do modułu było kilka takich, które wprawiały je w ruch. Tylko które dokładnie to są? Nie miałem oczywiście pojęcia, więc wprowadziłem kolejne poprawki do programu, dodając opcje wycinania zadanego przedziału bajtów. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę i po rozszerzeniu tej opcji do działania na bitach i kilkudziesięciu minutach prób otrzymałem ciąg mający około 10 bajtów i ustawiający moduł na D.

Wciąż oczywiście wycinałem kolejne bity i za którymś razem zauważyłem coś bardzo ciekawego – po wycięciu niektórych bitów zamiast D ustawiała się litera A. Potem udało mi się jeszcze uzyskać I oraz E. Czasami udawało się przełączanie między tymi literami, ale nie było to regułą. Spory i spektakularny sukces, ale kryje się za nim jedna ważna informacja – skoro wycinając jeden bit jestem w stanie ustawić A zamiast D, to znaczy że protokół sterowania nie ma sum kontrolnych. Gdyby wiadomości były nimi sprawdzane, taka podmiana uczyniłaby komunikat nieprawidłowym, tutaj jednak po prostu zadziałał. Brak sum kontrolnych to szczególnie niepokojąca informacja w kontekście sterowania grupą znaków, obawiałem się że bez dobrej znajomości protokołu będę mieć problemy z tym zadaniem.

Następnego dnia, będą w pracy, przystąpiłem do zgrywania zawartości kości pamięci EPROM z dwóch płytek sterownika. Po ustawieniu kilkunastu przełączników i zworek w Willemie na właściwe pozycje a następnie zmuszeniu systemu operacyjnego do pracy z tym zabytkiem (co było zdecydowanie trudniejszym zadaniem) udało się. Dwa programy były już na moim dysku. Nie zabrałem się jednak za ich deasemblację – byłem na tyle blisko rozpracowania protokołu, że byłaby ona stratą cennego czasu.

Popołudnie, wieczór i noc spędziłem na wycinaniu kolejnych bitów z transmisji. Zostało ich już tylko 8, ale litery wciąż były te same i nie udawało mi się znaleźć sposobu na wyświetlanie innych i na pewne przełączanie się między tymi już ustawionymi (wciąż szwankowało). Późnym wieczorem, rozrysowałem transmisje bitowo, na kartce w kratkę, planując następny dzień poświęcić na ich analizę.

Świeży umysł widząc notatki z dnia poprzedniego zadziałał zdecydowanie lepiej – po kilkudziesięciu minutach wpatrywania się w czarne i białe prostokąty odnalazłem miejsca w których moim zdaniem były zapisane znaki i miejsce w którym zapisany był adres modułu. Nie tracąc czasu, przetestowałem swoje pomysły – pomijając kilka początkowych problemów, udało się właściwie od razu! Wciąż nie byłem do końca pewien co robią wszystkie bity które wysyłam, wiedziałem jednak gdzie muszę ustawić adres i gdzie muszę ustawić znak. Po wysłaniu tych dwóch wartości należało jeszcze wysłać nierozpoznaną do końca przeze mnie grupę bitów i dopiero wtedy moduł obracał się na wybraną pozycję. Czyżby była to wiadomość włączająca obrót?

Przetestowałem kilka różnych, działających kombinacji bitów w to miejsce i szybko znalazłem taką, która “nie psuła” modułu, czyli pozwalała na zmianę raz ustawionego znaku. Po kilkudziesięciu próbach upewniłem się, że program faktycznie działa! Adres modułu również mogłem zmieniać i wciąż móc ustawiać dowolny znak. Udało się! Wiedziałem, że na pewno w moim programie są jeszcze błędy które odkryję mając więcej liter, ale na chwilę obecną działał niezawodnie!

Rozpracowanie protokołu do stanu, w którym mogłem sterować pojedynczą literą zajęło mi tydzień – całkiem nieźle, jak na coś rzekomo niemożliwego do zrealizowania. Jedyne co mi pozostało, to czekać na załatwienie formalności przez PKP, transport samych tablic do Wrocławia i dostarczenie podzespołów elektronicznych które zamierzałem wykorzystać do zbudowania własnego sterownika.

Uruchomienie litery z tablicy dworcowej, część II

Zastanawiałem się długo, czy do wykorzystanej liczby pinów bardziej pasuje protokół SPI czy I²C, ale żeby uzyskać więcej odpowiedzi musiałem skorzystać z bardziej zaawansowanego sprzętu niż multimetr za 20zł z giełdy elektronicznej. Na szczęście nie blefowałem na dworcu w Bydgoszczy – faktycznie posiadam dostęp do jednego z lepiej wyposażonych laboratoriów w mieście i następnego dnia z kolegą z pracy zamiast zabawkowego zasilacza podłączyliśmy profesjonalny laboratoryjny, a multimetr zastąpił potężny oscyloskop Tektroniksa. Kiedy już udało się nam go uruchomić (niestety na co dzień nie korzystam z takich zabawek), naciśnięcie jednego guzika udzieliło wszystkich odpowiedzi na temat sygnału generowanego przez sterownik. Na wyświetlaczu widniał delikatnie poszarpany wykres fali prostokątnej, a wyliczona przez oscyloskop częstotliwość wynosiła 980Hz.

980Hz. To mało. Na tyle mało, że było do zmierzenia kartą muzyczną w komputerze. I jest to sporo mniej niż najniższa częstotliwość dla I²C (100kHz). Nie znałem i nie poznałem żadnego protokołu, który bazowałby na tej częstotliwości. Czyżby coś własnościowego? Nie miałem pojęcia co to może być. Aby pomóc sobie w rozwiązaniu zagadki, przyjrzałem się dokładnie płytkom od Pana Mariana – zawierały oddzielne, wymienne kości pamięci z programami. Z nich, mając odpowiedni sprzęt, można już zgrać program. Tak starego sprzętu niestety w laboratorium nie miałem, ale czego nie ma firma – mają koledzy i na następny dzień zaplanowałem zrzut programu z użyciem niegdyś standardowego, ale archaicznego dzisiaj, programatora Willem.

Będąc już w domu, postanowiłem kontynuować próby – potrzebowałem jakoś wygenerować przebieg prostokątny 980Hz i przypomniałem sobie o od dawna leżącej w mojej szafie płytce rozwojowej Freescale FRDM. Trochę czytania dokumentacji, instalowania środowiska programistycznego i użerania się z narzędziami mającymi ułatwić, a tak naprawdę utrudniającymi tworzenie oprogramowania i jest. Mam. Program który na wybranym pinie płytki generuje falę prostokątną o częstotliwości 980Hz. Podłączenie nie było łatwe, bo nie miałem jeszcze żadnych narzędzi pomocniczych w rodzaju płytek stykowch – skręcałem więc druciki i wciskałem je w dziurki na płytce rozwojowej z pomocą pociętej zapałki. Po kilkukrotnym upewnieniu się, że niczego nie poplątałem i nie wysadzę litery w powietrze, włączyłem zasilanie, ustawiając uprzednio ręcznie literę na pozycję ‘A’.

Obraca się. Kolejne znaki przeskakują, a ja czekam w napięciu. Już mija ‘N’. Czy uda się za pierwszą próbą nawiązać nić porozumienia z nieznanym programem w module, czy konieczne będzie żmudne analizowanie programu ze sterownika? Przelatują już polskie znaki, będące jednymi z ostatnich. Ł. Ń. Ó. Ś. Ź. Ż. Kropka. Myślnik. Ukośnik. To już zaraz! Małe n. Spacja. Dalej spacja. To złudzenie, wywołane podekscytowaniem, czy naprawdę stoi? Stoi! Wydałem z siebie głośny okrzyk radości i sprawdziłem ponownie zachowanie modułu, wyłączając i włączając zasilanie – znów nastąpił poprawny reset. Tak samo jak za każdą kolejną próbą. Kolejny sukces zaliczony, w bardzo krótkim czasie! Teraz zostało jednak dużo trudniejsze zadanie – zmusić moduł do obrócenia się na żądaną pozycję…

Uruchomienie litery z tablicy dworcowej, część I

Moduł tablicy który wziąłem ze sobą posiada dwudziestopinowe złącze. Do czego służy aż tyle pinów? Nie wiadomo i nie ma szybkiej drogi do zdobycia tych informacji – jeżeli nawet ktoś uruchomił te moduły przede mną, to nie udostępnił żadnych wskazówek w internecie. KZŁ Bydgoszcz też, rzecz jasna, nie opublikowało nigdzie protokołu sterowania. Pomyślałem o wystosowaniu zapytania do tej firmy – ale stwierdziłem, że zrobię to dopiero wtedy, kiedy uznam że nie uda mi się rozpracować sterowania samodzielnie.

Z takim nastawieniem usiadłem do pracy. Pierwszych osiem pinów nie sprawiło mi żadnych problemów – bardzo dobrze widać grube ścieżki na płytce łączące dwie pary pinów i prowadzące do odseparowanego od reszty układu zasilania silnika na 220V i pozostałe dwie pary które rozdzielają piny zasilające i nie są do niczego podłączone. Z pomocą multimetru ustawionego w tryb testowania ciągłości obwodu z łatwością zlokalizowałem 5 pinów połączonych z masą. Zostało już tylko 7. Dwa kolejne okazały się być zwarte ze sobą i prowadzić do małego układu scalonego, zaraz przy samym gnieździe. Wyszukanie jego numeru w sieci potwierdziło moje przypuszczenia – był to stabilizator napięcia, a badane piny przyjmowały dodatni biegun zasilania układu.

Zostało już tylko pięć pinów. Wszystkie prowadziły do serca modułu – mikrokontrolera. Według znalezionej przeze mnie dokumentacji, nie da się zrzucić z niego raz zapisanego programu. Pocieszające jest to, że musi być on bardzo prosty z racji małej dostępnej pamięci. Jedyne co mogłem zrobić, to opisać piny wyprowadzeniami mikrokontrolera do jakich były podłączone. W ten sposób uzyskałem nazwy A1, A6 i B0, odpowiadające portom µC o tych nazwach i mogące być właściwie czymkolwiek oraz RST i INT. RST to wyprowadzenie resetujące układ, więc do tego najprawdopodobniej służy pin, INT natomiast to sterownik przerwań – wyprowadzenie go na zewnątrz delikatnie zasugerowało mi, że na tym pinie może być prowadzona linia zegara taktującego transmisję danych do modułu. Nie musiało tak jednak wcale być, dokumentacja stwierdzała jasno, że w rolę kontrolera przerwań można wcielić dowolne złącze portu A, w tym 1 i 6, które również były dostępne wprost z gniazda modułu.

Tyle statycznej analizy wystarczyło. Wybrałem się do sklepu elektronicznego gdzie zakupiłem pasujące złącze, krótki odcinek taśmy pasującej do niego, wtyczkę do gniazdka i kabel do niej. W domu połączyłem to wszystko w całość, wyprowadzając napięcie z gniazdka sieciowego na odpowiednie złącza gniazda w module, zasilanie stałonapięciowe podłączyłem do zasilacza ustawionego na 9V, wartość leżącą w bezpiecznym przedziale stabilizatora. Włożyłem dwie wtyczki do wyłączonego przedłużacza i kilkukrotnie sprawdziłem poprawność połączeń. Będąc bardzo niepewnym tego, co miało nastąpić, ostrożnie wcisnąłem przełącznik na przedłużaczu.

W chwili kiedy lampka w przełączniku zapaliła się, sygnalizując obecność napięcia na gniazdach przedłużacza w pokoju rozległ się głośny dźwięk. Pierwszy sukces, moduł żyje! Obraca się! Pierwszy raz od chwili zerwania tablicy ze ściany tunelu, pracuje. Dźwięk opadających klapek zagłuszany jest przez chrobot hamulca na kołach zębatych. Coś cudownego. Ale zaraz, coś jest nie do końca tak, jak sobie wyobrażałem i czego w początkowej euforii nie zauważyłem – moduł kręci się bez przerwy, tak jakby oczekiwał na coś, czego nie dostaje. Samo zasilanie to za mało aby zatrzymał się na pustym polu. Wyłączyłem zasilanie i przystąpiłem do dalszych prac.

Jedną z płytek otrzymanych od Pana Mariana zidentyfikowałem jako bezpośredni kontroler modułów z tablicy – tylko jedna posiadała dwa dwudziestopinowe złącza (każdy z dwóch rzędów modułów miał oddzielną taśmę i w związku z tym, złącze). Uruchomiłem ją z pomocą tego samego zasilacza którego użyłem do ożywienia modułu i sprawdziłem stany pinów. Kilka miało stan niski (0V), kilka wysoki (5V), natomiast przy pinie oznaczonym przeze mnie jako INT zobaczyłem wskazanie w okolicach 2,5V. To jeszcze bardziej potwierdziło moje przypuszczenia – mój tani multimetr nie posiadał pomiaru TrueRMS, więc jeśli wartość zmieniała się w czasie – uśredniał ją. Takie wskazanie z pewnością oznaczało że coś się tam zmienia i sugerowało że faktycznie jest tam linia zegarowa. Spróbowałem oczywiście ustawić resztę pinów na takie stany jakie zmierzyłem (za wyjątkiem INT), nie przyniosło to jednak żadnych zmian – moduł wciąż kręcił się bez końca. Potrzebowałem zaprząc do pracy lepsze narzędzia…

Delegacja do Bygdoszczy

Dzień po powrocie z Opola wystosowaliśmy zapytanie do PKP w Bydgoszczy dotyczące możliwości pozyskania tablic. Zaskakująco szybko przyszła do nas odpowiedź, a po dwóch dniach dyrekcja w Gdańsku wydała decyzję – jak się okazało, pozytywną. Zanim jednak cokolwiek nam przekazano, zostaliśmy zaproszeni do Bydgoszczy na oględziny, abyśmy się upewnili, czy tablice spełniają nasze oczekiwania i czy na pewno chcemy je przejąć.

Ostatniego dnia maja wysiadłem wraz z dziewczyną z pociągu na jednym z kilku czynnych peronów remontowanego dworca w Bydgoszczy. Tablice czekały tak, jak kilka tygodni wcześniej, odgrodzone od dostępnej dla pasażerów części dworca. Na wizytę byliśmy jednak umówieni dopiero następnego dnia, musiałem więc zadowolić się tylko ich widokiem. Dzień później przekonałem się, jak wiele jeden dzień może zmienić.

Pierwszego czerwca PKP na kilku większych stacjach zorganizowało atrakcje z okazji dnia dziecka. Jedną z nich, pominiętą w oficjalnych zapowiedziach i przeznaczoną wyłącznie dla nas była wizyta za kulisami remontu Bydgoszczy Głównej. O poranku przeszliśmy przez wysłużone drzwi budynku administracji i przywitała nas dyrektorka dworca, wypytując o wystawę w jakiej będziemy chcieli wykorzystać tablice, gdzie właściwie ta galeria jest i czy na pewno będziemy w stanie je uruchomić. Moja dziewczyna wyjaśniła kwestie wystawiennicze, a ja zapewniłem że dysponuję wszelkim sprzętem potrzebnym do ożywienia tablic, niezależnie od tego jak skomplikowane jest sterowanie nimi.

Wkrótce później dołączył do nas kierownik budowy, który również wiedział o naszym przybyciu i w trakcie rozmowy obydwoje żałowali, że nie zgłosiliśmy się wcześniej, bo teraz zostało już tylko kilka ostatnich urządzeń – “Kilka miesięcy temu było ich pełno”. W momencie kiedy wstaliśmy od stołu i już mieliśmy przechodzić do właściwej części wizyty, tj. oględzin sprzętu, kierownik zasugerował że warto zadzwonić jeszcze po niewspominanego wcześniej Pana Mariana. Przybyły niemalże natychmiast, tajemniczy Pan Marian, okazał się być technikiem zarządzającym tablicami na i swego rodzaju dworcową szarą eminencją. Okazało się, że wbrew temu co sądziła dyrektor dworca i kierownik budowy, tablic jest więcej (Marian część schował) i że następnego dnia tablice miały być odebrane przez skup złomu (Marian już kilka dni temu zamówił złomiarza).

Zszokowany Pan Marian zapewnił że natychmiast odwoła złomowanie i zaprowadził nas przez tunel pocztowy do ogrodzenia za którym złożonych było kilka tablic, po czym przesunął kratę wpuszczając nas na teren budowy. Zmierzyliśmy urządzenia i zapytaliśmy się o możliwość ich transportu zwykłym samochodem dostawczym – wtedy okazało się, jak dużym problemem jest ich przewóz. Najmniejsze tablice ważyły około 100 kg, podczas gdy najcięższe (dwustronne, peronowe) ponad 250 kg. Bez specjalistycznego sprzętu nie da się czegoś takiego sprawnie przewieźć i nie mieliśmy pojęcia ile taki transport może kosztować.

Na moją nieśmiałą prośbę, Pan Marian otworzył jedną z tablic i otwierając kolejne osłony, opisał krótko jej wnętrze, wyjaśniając gdzie znajduje się sterownik i jak zamontowane są moduły literowe. Same moduły wyglądały przygnębiająco, wszystkie zatrzymane na tym samym, losowym znaku, część z nich wysunęła się też z szyn mocujących na skutek transportu.

Spytałem, czy mogę do testów zabrać jeden taki moduł ze sobą – Pan Marian nie tylko się zgodził, ale rozochocił się w kwestii współpracy. Zaprowadził mnie do pomieszczenia technicznego, gdzie z szafy wyjął kilka sporej wielkości koszy zawierających części z zezłomowanych już tablic. “Wie pan, litery wysyłałem na inne dworce, a to zachowałem. Przyda się Panu może?” – podekscytowany odpowiedziałem twierdząco na to pytanie i odebrałem od Pana Mariana części sterownika tablicy, chciał mi też zaoferować panel rozdzielczy z bezpiecznikami, ale nie był mi potrzebny do niczego, więc odmówiłem.

Pan Marian miał już zaplanowaną dalszą część wycieczki, gdy pojawił się jego współpracownik, mający ewidentnie inne podejście do pomysłu wykorzystania tych urządzeń: “Marian, po co ty to im dajesz, co oni będą robić z tymi tablicami?”. “No, będą sobie różne rzeczy wyświetlać” – odpowiedział Pan Marian. Chwilę potem, sam zostałem spytany: “Panie, jak pan chcesz to uruchomić, bez specjalnego komputera nic pan z tym nie zrobi. Chyba tylko sobie Pan kółkiem pokręci”. Nie chcąc kontynuować tej bezproduktywnej dyskusji odpowiedziałem, że nie takie rzeczy już się uruchamiało i wyszedłem z pomieszczenia. “Niech pan nie słucha kolegi, to pesymista.” – skwitował Pan Marian. “Człowiek zbudował to i człowiek uruchomi” – dodał.

Kolejnym etapem oprowadzania była wizyta w pomieszczeniu dworcowej megafonistki, to właśnie tam znajdowało się serce systemu informacji pasażerskiej, tj. główny komputer sterujący, a do zadań megafonistki należało również wprowadzanie danych do tego systemu. Na biurku stały trzy monitory komputerowe – jeden należał do częściowo już uruchomionego, nowego systemu informacyjnego (też produkcji KZŁ), dwa pozostałe – do starego. Jeden do użytku megafonistki, drugi dla serwisanta. Komputery połączone były interfejsem szeregowym ze skrzynką zawierającą kilkanaście kwadratowych płytek drukowanych wypełnionych podzespołami – to właśnie był komputer główny. Pan Marian pozwolił na jego dokładne sfotografowanie i stwierdził, że gdyby nie to że jeszcze przez kilka miesięcy stary system będzie musiał pracować, to ten komputer też by nam oddał.

Moją uwagę zwróciły drobniutkie druciki jakimi dane z komputera były wyprowadzone do tablic (na tych samych drutach realizowana jest też transmisja głosu). Analogowa transmisja takim medium na taką odległość wzbogaca sygnał o wiele zakłóceń, co doskonale słychać po głosie megafonistki. Na żywo jest wręcz krystalicznie czysty, na peronie ciężko jest zrozumieć nawet nazwę stacji docelowej pociągu.

Kilka minut później kierownik budowy zapewnił nas, że tablice mogą zostać na terenie budowy jeszcze kilka tygodni i Pan Marian odprowadził nas do tunelu, zapewniając że za chwilę odwoła złomowanie tablic. Tego samego dnia wróciłem do Wrocławia i od razu zabrałem się za analizę otrzymanych na dworcu urządzeń, aby móc jak najszybciej uruchomić posiadaną literę…

Tablice dworcowe – Prolog

Cyfrowa rewolucja ostatnich lat codziennie daje o sobie znać nowinkami przekraczającymi kolejne techniczne granice – coraz cieńsze telefony i telewizory, coraz większe rozdzielczości ekranów i coraz mniejsze rozmiary urządzeń które robią więcej niż kiedykolwiek wcześniej mogły robić. Jedną z wielu cech odróżniających te produkty od swoich poprzedników jest coraz mniejsza liczba ruchomych części. Mechanika jest zawodna i jeśli coś się porusza – to jest absolutnie pewne że się zepsuje. Jedyną do ustalenia kwestią jest po ilu cyklach pracy się to stanie.

Zmniejszanie liczby elementów ruchomych dotknęło wcześniej choćby telefonów i odtwarzaczy muzycznych. Współczesne dyski twarde SSD można bez obaw uderzać podczas pracy – brak poruszających się części czyni je wręcz niezniszczalnymi w porównaniu do poprzedników. Ten właśnie trend uczynił przestarzałymi bohaterów tego wpisu – mechaniczne tablice informacyjne od lat obecne na dziesiątkach dworców kolejowych i lotnisk na całym świecie.

Od zawsze byłem nimi zafascynowany i za każdym razem kiedy wybierałem się w podróż kolejową czekałem kilka minut przed ogromną tablicą wrocławskiego dworca wiedząc, że już za chwilę dźwięki opadających klapek wypełnią halę obwieszczając odjazd kolejnego pociągu. Nie jestem odosobnionym przypadkiem – właściwie każda wymiana takich tablic na elektroniczne wywołuje mniejsze lub większe niezadowolenie.

Tablice z ekranami diodowymi lub LCD są zwyczajnie lepsze. Nie tylko potrafią wyświetlić dużo więcej informacji i nie wymagają pracochłonnej wymiany klapek kiedy trzeba wprowadzić choćby nową nazwę pociągu – przede wszystkim, nie wyświetlą przekłamanej informacji kiedy ulegną awarii. Kilka błędów w nazwie miasta docelowego nie będzie dla nikogo problemem, ale godzina odjazdu zmieniona o 10 minut, czy błędnie wyświetlony numer lotniskowego terminala może poważnie przeszkodzić w podróży.

Kiedy remontowano wrocławski dworzec, los jego tablic był pierwszą rzeczą o której pomyślałem. Mój zapał skończył się jednak tylko na pomyśle zakradnięcia się na teren budowy i przechwycenia kilku tablic. Pomysł był nie do zrealizowania nie tylko dlatego że remont trwał przez całą dobę, ale jak się później przekonałem – tablice są tak ciężkie, że w pojedynkę nie da się z nimi daleko uciec. Myślałem też o kupnie takich urządzeń – na zagranicznych portalach aukcyjnych czasami pojawiały się moduły takich tablic. Astronomicznie wysokie ceny skutecznie mnie jednak odstraszały. Polski ich producent, KZŁ Bydgoszcz na swej stronie miał pełną ich ofertę, brakowało w niej jedynie cen. Znając jednak rynkowe ceny wysłużonych urządzeń, domyśliłem się że jeżeli nawet KZŁ zdecyduje się coś dla mnie wykonać, to będę musiał wziąć kredyt żeby za to zapłacić.

Lata mijały, KZŁ w miejsce opisu swoich tablic paletowych wstawiło zdjęcia nowych tablic z ciekłokrystalicznymi ekranami, kolejne polskie dworce wypełniały się nimi, a moja fascynacja nie mijała. Pogodziłem się z myślą, że prawdziwych nigdy nie dostanę i zacząłem myśleć o zbudowaniu własnych modułów, bazując na kilku otwartych projektach dostępnych w sieci. Zanim jednak udało mi się znaleźć potrzebne materiały wydarzyło się coś, co odsunęło te plany na później.

Wracając z dziewczyną z Opola czekaliśmy na peronie na pociąg zaraz pod tablicą peronową która wyświetlała już nazwę stacji końcowej i godzinę odjazdu. Zwróciłem uwagę na niedokładnie zamontowaną osłonę w jej wnętrzu, co pozwalało na podejrzenie kilku jej podzespołów. Moja dziewczyna nie podzieliła mojego zainteresowania, ale za to usłyszałem coś dużo ważniejszego – kierowniczka galerii sztuki w które pracuje przejeżdżała niedawno przez remontowany dworzec w Bydgoszczy i na rozkopanych peronach zauważyła zdjęte tablice oczekujące na swój dalszy los. Była zainteresowana ich pozyskaniem, ale miała wątpliwości czy będzie się dało nimi sterować bez oryginalnej aparatury.

Podekscytowany, zapewniłem że sterowanie to nie problem i że na pewno się da – na końcu systemu na pewno jest komputer lub inne urządzenie elektroniczne którego zachowanie da się zreplikować. Nie byłem tylko pewien, czy tak deficytowy towar uda się przejąć od PKP? Nigdzie w internecie nie znalazłem dowodu na to, żeby polskie tablice trafiły w czyjeś prywatne ręce. Analogicznie, za granicą też nie było takich przypadków bardzo dużo. Kilka następnych dni bardzo szybko przyniosło odpowiedź na to pytanie.