Tablice dworcowe – Prolog

Cyfrowa rewolucja ostatnich lat codziennie daje o sobie znać nowinkami przekraczającymi kolejne techniczne granice – coraz cieńsze telefony i telewizory, coraz większe rozdzielczości ekranów i coraz mniejsze rozmiary urządzeń które robią więcej niż kiedykolwiek wcześniej mogły robić. Jedną z wielu cech odróżniających te produkty od swoich poprzedników jest coraz mniejsza liczba ruchomych części. Mechanika jest zawodna i jeśli coś się porusza – to jest absolutnie pewne że się zepsuje. Jedyną do ustalenia kwestią jest po ilu cyklach pracy się to stanie.

Zmniejszanie liczby elementów ruchomych dotknęło wcześniej choćby telefonów i odtwarzaczy muzycznych. Współczesne dyski twarde SSD można bez obaw uderzać podczas pracy – brak poruszających się części czyni je wręcz niezniszczalnymi w porównaniu do poprzedników. Ten właśnie trend uczynił przestarzałymi bohaterów tego wpisu – mechaniczne tablice informacyjne od lat obecne na dziesiątkach dworców kolejowych i lotnisk na całym świecie.

Od zawsze byłem nimi zafascynowany i za każdym razem kiedy wybierałem się w podróż kolejową czekałem kilka minut przed ogromną tablicą wrocławskiego dworca wiedząc, że już za chwilę dźwięki opadających klapek wypełnią halę obwieszczając odjazd kolejnego pociągu. Nie jestem odosobnionym przypadkiem – właściwie każda wymiana takich tablic na elektroniczne wywołuje mniejsze lub większe niezadowolenie.

Tablice z ekranami diodowymi lub LCD są zwyczajnie lepsze. Nie tylko potrafią wyświetlić dużo więcej informacji i nie wymagają pracochłonnej wymiany klapek kiedy trzeba wprowadzić choćby nową nazwę pociągu – przede wszystkim, nie wyświetlą przekłamanej informacji kiedy ulegną awarii. Kilka błędów w nazwie miasta docelowego nie będzie dla nikogo problemem, ale godzina odjazdu zmieniona o 10 minut, czy błędnie wyświetlony numer lotniskowego terminala może poważnie przeszkodzić w podróży.

Kiedy remontowano wrocławski dworzec, los jego tablic był pierwszą rzeczą o której pomyślałem. Mój zapał skończył się jednak tylko na pomyśle zakradnięcia się na teren budowy i przechwycenia kilku tablic. Pomysł był nie do zrealizowania nie tylko dlatego że remont trwał przez całą dobę, ale jak się później przekonałem – tablice są tak ciężkie, że w pojedynkę nie da się z nimi daleko uciec. Myślałem też o kupnie takich urządzeń – na zagranicznych portalach aukcyjnych czasami pojawiały się moduły takich tablic. Astronomicznie wysokie ceny skutecznie mnie jednak odstraszały. Polski ich producent, KZŁ Bydgoszcz na swej stronie miał pełną ich ofertę, brakowało w niej jedynie cen. Znając jednak rynkowe ceny wysłużonych urządzeń, domyśliłem się że jeżeli nawet KZŁ zdecyduje się coś dla mnie wykonać, to będę musiał wziąć kredyt żeby za to zapłacić.

Lata mijały, KZŁ w miejsce opisu swoich tablic paletowych wstawiło zdjęcia nowych tablic z ciekłokrystalicznymi ekranami, kolejne polskie dworce wypełniały się nimi, a moja fascynacja nie mijała. Pogodziłem się z myślą, że prawdziwych nigdy nie dostanę i zacząłem myśleć o zbudowaniu własnych modułów, bazując na kilku otwartych projektach dostępnych w sieci. Zanim jednak udało mi się znaleźć potrzebne materiały wydarzyło się coś, co odsunęło te plany na później.

Wracając z dziewczyną z Opola czekaliśmy na peronie na pociąg zaraz pod tablicą peronową która wyświetlała już nazwę stacji końcowej i godzinę odjazdu. Zwróciłem uwagę na niedokładnie zamontowaną osłonę w jej wnętrzu, co pozwalało na podejrzenie kilku jej podzespołów. Moja dziewczyna nie podzieliła mojego zainteresowania, ale za to usłyszałem coś dużo ważniejszego – kierowniczka galerii sztuki w które pracuje przejeżdżała niedawno przez remontowany dworzec w Bydgoszczy i na rozkopanych peronach zauważyła zdjęte tablice oczekujące na swój dalszy los. Była zainteresowana ich pozyskaniem, ale miała wątpliwości czy będzie się dało nimi sterować bez oryginalnej aparatury.

Podekscytowany, zapewniłem że sterowanie to nie problem i że na pewno się da – na końcu systemu na pewno jest komputer lub inne urządzenie elektroniczne którego zachowanie da się zreplikować. Nie byłem tylko pewien, czy tak deficytowy towar uda się przejąć od PKP? Nigdzie w internecie nie znalazłem dowodu na to, żeby polskie tablice trafiły w czyjeś prywatne ręce. Analogicznie, za granicą też nie było takich przypadków bardzo dużo. Kilka następnych dni bardzo szybko przyniosło odpowiedź na to pytanie.