Chaos trip 2

Prognozy pogody na weekend były optymistyczne, postanowiłem więc ponownie wybrać się na wycieczkę po Polsce. W trochę innym stylu – podczas pobytu w stanach nauczyłem się że nie ma sensu się spieszyć, lepiej zobaczyć więcej ciekawych rzeczy w trzech albo czterech miastach, zamiast przebiec się po dziesięciu. Warto też wiedzieć co się widzi, żeby potem nie opisywać tego jako “niezidentyfikowane obiekty”.

Podróż rozpoczęła się wyjazdem do Poznania. Na samym początku próbowałem wymknąć się z WC nie płacąc, ale czujne oko babci klozetowej powstrzymało mnie. Potem poszedłem do KFC aby zjeść cokolwiek i przeczekać 3 godziny które dzieła mnie od następnego pociągu w komfortowym miejscu. Dosiadłem się do kobiety czytającej książkę “Makabryczna gra”. Okazało się że jedzie tym samym pociągiem co ja i w dodatku pochodzi z jednego z miast odwiedzonych już przeze mnie – Szczecinka. dowiedziałem się że ominęła mnie wielką atrakcja tego miasta – fabryka płyt wiórowych (ponoć, miejsce pracy 3/4 mieszkańców Szczecinka, ale nie mojej rozmówczyni). Kolejny powód żeby nie spieszyć się podczas zwiedzania. Ona sama była we Wrocławiu i bardzo się jej podobało szczególnie to, że w przeciwieństwie do Szczecinka, miasto nocą nie zasypia.

Podróż spędziłem na siedzeniu w korytarzu. Nie udało mi się upolować miejsca w przedziale – ale też strasznie o to nie zabiegałem. Na korytarzu jest przynajmniej przewiewnie, a sama podróż nie trwa długo. Zaczepił mnie azjata, który nie wiedział gdzie jedzie wagon w którym się znajdujemy (pociąg był rozdzielany w Warszawie). Właściwie to nie wiem, czy jest inny sposób na sprawdzenie tego niż spytanie konduktora. Jedna część składu jechała do Terespola i było to widać po osobliwych, Białoruskich pasażerach. Równo ze wschodem słońca wysiadłem na dworcu Łowicz Główny.

Pierwsze wrażenie – dworzec mało porażający. Jest bardzo zimno. poczekałem około pół godziny i wybrałem się na długi spacer. Łowicz to małe miasto i tak jak Sczecinek, pogrąża się we śnie kiedy zapada zmrok. Jeszcze nie obudziło się do życia. Jedynie wokół sklepu monopolowego panował ruch. Szybko dotarłem do starego rynku, zobaczyłem zamknięte muzeum i budynek urzędu miejskiego oraz bazylikę katedralną. Następnie wybrałem się nad brzeg rzeki, gdzie mgła unosząca się nad nią sprawiła że miejsce wyglądało niesamowicie. Potem rundka wokoło miasta i wizyta w lokalnym supermarkecie – kasjerka Iwona była zasmucona moim pytaniem i po krótkiej rozmowie doszła do wniosku że w Łowiczu nie ma nic ciekawego co można by oglądać. W drodze powrotnej zobaczyłem jeszcze jednak kilka ciekawych pomników – m.in. Józefa Piłsudskiego i Władysława Grabskiego. Zobaczyłem też tajemniczą wieżę która okazała się częścią kompleksu romantycznego gen. Klickiego. Wróciłem dziwnym skrótem łamiącym przepisy na dworzec i poczekałem na następny pociąg. Chciałem pojechać do Torunia, albo Inowrocławia. Jednak kiedy za szybą zobaczyłem napis “Sochaczew” pomyślałem że coś jest nie tak… kiedy zobaczyłem “Błonie” byłem już pewien. Pytanie do współpasażerów upewniło mnie w przekonaniu, że właśnie jadę do Warszawy.

W Warszawie nie zabawiłem długo. Wyszedłem na powierzchnię, sprawdziłem tylko czy pałac kultury jest na swoim miejscu i wróciłem na perony. Za chwilę miał odjeżdżać pociąg do Torunia. Wsiadłem. To była do tej pory najfajniejsza podróż. Jechałem z małżeństwem onkologa i prawniczki z warszawy, amatorką Indii, oraz z tajemniczym facetem – chyba też prawnikiem. Oni byli pasjonatami podróży do azji, a on sprzedał dwa samochody żeby jeździć pociągami. Małżeństwo wybierało się na weekend do Torunia i mieli interesujący spis ciekawych rzeczy, razem z trasą wokół starówki. Ten plan poczytałem i dzięki temu mój plan zwiedzania mógł wyglądać mniej chaotycznie.

Pierwsza rzecz jaką widziałem to oczywiście dworzec. Ma on ciekawa budowę – budynek jest usytuowany pomiędzy peronami. Po wyjściu z niego i minięciu licznych jednostek policji, udałem się, za znakami, na most Piłsudskiego. Widać z niego piękną panoramę starego miasta. Spotkałem tam też małżeństwo z pociągu – “ten przedział mogli odłączyć” – on zażartował. Potem spotkaliśmy się jeszcze raz, kilka godzin później na starym mieście. Po dotarciu do celu przekonałem się jak ładnym miejscem jest Toruń. Wiele pięknie zrobionych kamienic, ratusz, budynek poczty, fontanny – to wszystko stwarza unikalny klimat w mieście najwybitniejszego polskiego astronoma. Nawet bez opisu atrakcji, większość z nich od razu rzuca się w oczy – tak jak przepięknie zdobiony Dom pod Gwiazdą.

Spacerując starym miastem, na chodniku przy jednej z ulic można zobaczyć herby jakimi kiedyś posługiwali się miejscowi kupcy. Można również zobaczyć świetnie zachowane spichlerze – jeden z nich ma aż 8 kondygnacji, to pamiątka po hanzeatyckiej historii miasta. Niedaleko rynku można natknąć się na ruiny zamku krzyżackiego (założycieli Torunia). Pełne zabytków stare miasto otoczone jest pozostałościami murów obronnych świadczących o fortecznej historii Torunia. Wyróżniającą się częścią tych murów jest krzywa wieża – baszta która przechyliła się po osunięciu podłoża. W starym mieście znajdują się też zabudowania Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, a zaraz obok Collegium Maium stoi budynek aresztu śledczego. Jego okrągły kształt od razu przywiódł mi na myśl Panoptikon – nie wiem jak jest w środku, ale rzeczywiście jego projektant inspirował się tą koncepcją.

Z Toruniem, oprócz Kopernika i znanej rozgłośni radiowej kojarzą się pierniki. Zgodnie z tym co przeczytałem – do dziś przetrwał tylko jeden ich producent. Monopol ten doskonale widać, ceny pierników są bardzo wysokie. Mimo tego i mojej niechęci do pierników, chciałem spróbować jednego z ciekawości – długie kolejki ostatecznie mnie jednak zniechęciły. Stare miasto roi się od zabytków, ale to przecież nie jest wszystko – wybrałem się na dalszy spacer.

Nieopodal rynku znajduje się fontanna Cosmopolis, obrazująca układ słoneczny – ponoć wygląda ona pięknie nocą za sprawą efektów świetlnych. Zaraz obok fontanny znajduje się niecodziennie wyglądający pomnik planetoidy Toruń. Zobaczyłem też centrum sztuki współczesnej, muszę przyznać że robi wrażenie – nie widziałem w życiu większych drzwi przesuwnych. Przed jego budynkiem znajdowała się dziwna instalacja złożona ze sznurków, obuwia, konewki i doniczek z kwiatami oraz płyta informująca o położeniu dawnych fortyfikacji. W Toruniu jest też zabawny pomnik Kargula i Pawlaka, postawiony oczywiście przed kinem. O jego istnieniu dowiedziałem się z drogowskazu, kiedy miałem już zbierać się na dworzec. Mimo tego chętnie poszedłem go obejrzeć.

Ostatecznie, rozpocząłem spacer w kierunku dworca. Po drodze zobaczyłem ogrodzony teren na którym znajdowały się historycznie wyglądające zabudowania – potem okazało się ono Parkiem etnograficznym. Po drodze napotkałem pomnik Piłsudskiego i zorientowałem się o jeszcze jednej rzeczy która mi się tu bardzo podoba, a wcześniej podświadomie nie zwracałem na nią uwagi – na wielu trawnikach znajdują się malowniczo wyglądające rabaty.

Znalazłem się w pociągu do Bydgoszczy, w przedziale z dziewczyną wiozącą kota wracającego z wakacji. Spytana o atrakcje Bydgodzczy wymieniła kilka – Filharmonia, Wenecja, Dolina śmierci. Poza tym była przekonana, że nic ciekawego i wartego zobaczenia tam nie ma. Po dotarciu na miejsce, będąc już mocno wycieńczonym, postanowiłem przenocować w schronisku ulokowanym nieopodal dworca. Następnego dnia, współlokator polecił mi jeszcze kilka ciekawych miejsc i wybrałem się w podróż.

Na początek, wybrałem się na Fordon – to odległa dzielnica i podróż autobusem trwa tam długo. Na miejscu zobaczyłem mały rynek, oraz kilka zabytkowych budowli, m.in fordońskie więzienie. To właśnie na Fordonie znajduje się wspomniana wcześniej dolina śmierci – miejsce w którym Niemcy zamordowali około 1200 Polaków i Żydów. Obecnie znajduje się tam pomnik upamiętniający te wydarzenia. Po spacerze wokół starych zabudowań zakończyłem swoją wizytę na Fordonie i wróciłem do centrum miasta.

Postanowiłem przespacerować się ulicą Gdańską, a potem zobaczyć bazylikę, której kopuła widoczna jest z oddali i przypomina trochę toruńskie planetarium. Gdańska to ładny deptak, po obu stronach ulicy usytowane są zabytkowe kamienice. Jest też fontanna która przypomina zmniejszoną wersję Cosmopolis. Po ulicy jeżdżą też tramwaje, które w przeciwieństwie do tych w większości polskich miast – jeżdżą po węższych torach, o szerokości 1000mm. Nie trzeba specjalnie zwracać na nie uwagi, żeby zobaczyć że wyglądają inaczej. Z Gdańskiej skręciłem w stronę al. Mickiewicza, gdzie napotkałem niebywałą rzeźbę, wykonaną w uschniętym drzewie. Ciekawie wygląda, jednak bardzo ciężko znaleźć o niej jakieś informacje. Dopiero dłuższe śledztwo wyjaśnia że nazywa się ona “Przebudzenie elfów”.

Kiedy doszedłem do bazyliki, moim oczom ukazał się ogromny budynek zwieńczony kopułą. Samo obejście go zajmuje kilka minut. To dość “nowy” zabytek, zbudowany w 1939 roku – wygląda mimo to imponująco. Dalszy etap podróży to stare miasto – wszyscy których spytałem określali je jako nudne. Zostałem jednak pozytywnie zaskoczony. Pierwszym akcentem była rzeźba “Przechodzący przez rzekę”, przedstawiająca mężczyznę balansującego na linie. Z mostu Sulimy-Kamińskiego roztacza się też ładna panorama zabudowań na brzegach Brdy. Na rynku, na którym trwał właśnie turniej piłki nożnej mieści się duży pomnik pamięci ofiar faszyzmu. Następnie udałem się na spacer po wyspie Młyńskiej, aby zobaczyć Wenecję Bydgoską. Budynki umieszczone przy rzece wyglądają malowniczo, chociaż widać że poważnie nadgryzł je już ząb czasu. Ale to ma się poprawić – widać że prowadzone są prace budowlane, sama wyspa też ma zostać zrewitalizowana – tak przynajmniej mówią tablice informacyjne.

Szybko można stracić rachubę czasu spacerując takimi okolicami. Kiedy w końcu zdecydowałem się jechać następnym pociągiem, do odjazdu było 45 minut, a ja nie wiedziałem jak dostać się na dworzec. Po długim marszu okazało się że tablice informacyjne w przejściu podziemnym okłamały mnie i najszybciej dostanę się pieszo… do odjazdu 22 minuty – szybko sprawdziłem jak dotrzeć na miejsce za pomocą GPSa – informacja “przewidywany czas: 23 min” nie zabrzmiała optymistycznie, ale jako że przemieszczam się szybko, udało mi się dotrzeć na miejsce ze sporym zapasem czasu.

W pociągu do Warszawy, korzystając z resztek baterii w telefonie, sprawdziłem jak będę mógł wrócić do domu – okazało się że mogę zrobić sobie jeszcze jeden przystanek po drodze na jakieś 1,5h – a potem z Warszawy wrócić do Wrocławia. 1,5h to stanowczo za mało na dłuższe zwiedzanie. Jako fan twórczości Kultu i z racji tego że zbliżał się zmierzch, zdecydowałem wysiąść na dworcu w Kutnie – gdzie, według piosenki, jest tak brudno i brzydko że pękają oczy.

Tunel pod peronami poważnie zawiódł mnie – był wyremontowany i czysty, budynek dworca z zewnątrz też prezentował się całkiem nieźle. W środku już trochę lepiej – ale wciąż nie było to to, czego oczekiwałem. Kutno jest dworcem międzynarodowym, co widać po tablicy odjazdów – i faktycznie przydałby się tu lepszy dworzec, ale obecny nie wyróżnia się niczym szczególnie złym spośród tych na których do tej pory byłem. Jedyne co szczególnie utkwiło mi w pamięci, to bar dworcowy – wygląda mało zachęcająco, jakby był żywcem wyjęty z epoki PRL. Na dworcu pojawił się bezdomny, ale SOKiści szybko go przepędzili. Zero atrakcji jakich się spodziewałem.

W Warszawie miałem do przeczekania kilkadziesiąt minut do pociągu powrotnego. Na ten pociąg czekały tłumy, ale dobre miejsce na peronie zagwarantowało mi komfortową, ale samotną przejażdżkę w wagonie 1. klasy (“przerobionym” na drugą). Ustawiłem klimatyzację i sam nie wiem kiedy zasnąłem – pamiętam że pociąg minął Pruszków, a zaraz potem nagle zobaczyłem napis “Wrocław Główny”. A może to te Koleje Dużych Prędkości testują?

Sama podróż mimo że krótsza (1447 km) była dużo ciekawsza niż poprzednia. Dużo przyjemniej jest po prostu pozwiedzać sobie ciekawe miejsca, zamiast biec na następny pospieszny.

Chaos trip

Jakiś czas temu, dowiedziałem się o promocji organizowanej przez PKP IC – bilecie podróżnika. Stwierdziłem że ciekawie byłoby wybrać się w weekendową podróż, w bliżej niesprecyzowane miejsca. Jak pomyślałem, tak zrobiłem i w piątek drugiego lipca o 19:00 trzymałem już w ręce bilet umożliwiający przejazd wszystkimi pociągami TLK. Aby nie marnować czasu, wsiadłem do pierwszego pociągu jaki odjeżdżał z Wrocławia.

Podróż minęła bez specjalnych atrakcji, przed zachodem słońca wyszedłem z budynku dworca. Szybko jednak do niego wróciłem – zrobiło się ciemno, co zwiększyło aktywność komarów i na dworze nie dało się wytrzymać. Mam tylko jedno zdjęcie z tego miasta – i jest to zdjęcie właśnie dworca.


Będąc już na peronie, w trakcie wspólnego odganiania się od komarów, poznałem bardzo rozgadaną i miłą dziewczynę – jechała jednak innym pociągiem i wysiadała trochę bliżej Brzegu niż ja.

Najbliższy pociąg jechał do Świnoujścia. Dawno nie byłem nad morzem, więc wiedziałem już gdzie wysiądę. Pociąg był bardzo zatłoczony – jednak jakimś cudem znalazłem miejsce w przedziale w którym były tylko dwie dziewczyny. Po tym jak wysiadły we Wrocławiu, podróżowałem długo sam – dopiero po kilkuset kilometrach przysiadła się do mnie para w młodym wieku. Wysiedli oni nad ranem w Międzyzdrojach, a ja niedługo później opuściłem pociąg na stacji końcowej.

Ta część Świnoujścia na której jest dworzec nie zapewnia wielu atrakcji, poza kioskiem Ruchu. Odczekałem więc swoje i wsiadłem na pokład promu który zabrał mnie na tę ciekawszą część. Kiedy po kilku minutach byłem już na drugim brzegu, będąc zmęczonym i po podróży, postanowiłem się odświeżyć kąpielą w morzu Bałtyckim i pomaszerowałem prosto na plażę. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłem nad morzem, sprawdziłem więc jak bardzo słona jest w nim woda. Do picia specjalnie się nie nadaje. Odświeżony zjadłem śniadanie mistrzów (bułka i banan) i wyruszyłem w dalszą drogę.

Ze Świnoujścia nie bardzo jest gdzie jechać dalej – a więc musiałem cofnąć się wgłąb kraju.

Kilkugodzinna podróż do szczecina była już ciekawsza niż poprzednie. Dwóm starszym kobietom niesamowicie spodobał się mój pomysł na podróż. Dostałem dokładny plan podróży po Gdańsku i tyle propozycji miast do których mógłbym pojechać, że wystarczyłoby na dwutygodniową wycieczkę. Poczęstowały mnie też orzechowymi ciastkami kupionymi w Świnoujściu.

Krótka podróż po tym mieście minęła bez szaleństw, zrobiłem spacer ulicami wokół dworca i sfotografowałem kilka ciekawszych obiektów na pamiątkę.

Na peronie podstawiony był już pociąg do trójmiasta – wciąż nie byłem pewien które z tych miast odwiedzić na początku, moje wątpliwości pomógł mi rozwiać konduktor.

Szczerze mówiąc, polecam Gdańsk.

Pociąg był z tych lepszych – nowy wagon z sześcioma fotelami w drugiej klasie, towarzystwo też miałem ciekawe. Grupa młodzieży wracającej z konwentu mangowego. Nie wyglądali na szczęście jak stereotypowi wielbiciele takich rzeczy. Podróż byłaby idealna, gdyby nie to że co jakiś czas pociąg przejeżdżał przez mało aromatyczne miejsca.

Po kilku godzinach dojechałem do Gdańska i udałem się do KFC aby zjeść pierwszy od wyjazdu ciepły posiłek. Gdańsk okazał się rzeczywiście ciekawym miejscem, mimo tego że zwiedziłem głównie okolice stoczni – bardzo mi się tam podobało. Okolice te polecam, szczególnie warto pooglądać tamtejsze murale. W drodze powrotnej krążyłem trochę mniejszymi uliczkami czego efektem było napotkanie kilku zabytkowych budynków i pomników.

Po dotarciu na dworzec wziąłem prysznic i wybrałem się na następny pociąg.

Po kilku minutach jazdy, byłem już w kolejnym mieście aglomeracji. Było już po zmroku. Postanowiłem wybrać się na molo. Moje zmęczenie odbiło się na sprawności umysłowej i skręciłem na plażę zbyt wcześnie. Naleciało mi przez to piachu do butów i cały odświeżający efekt prysznica prysł. Wizyta na sopockim molo w nocy ma tę zaletę, że jest za darmo. Poza molo i klubami nie ma jednak w Sopocie miejsc które można odwiedzić około 23:00 (a przynajmniej takich nie znalazłem). Udałem się na dworzec, z zamiarem wyjazdu do Gdyni. Zdążyłem jednak zobaczyć tylko odjeżdżający pociąg.

Byłem już bardzo zmęczony – ale co ciekawe, wcale nie głodny. Odwiedziłem dworcowy bar Kebabistan, gdzie zamówiłem mocną kawę. Nie pozwoliło to jednak wygrać ze zmęczeniem, a następny pociąg odjeżdżał dopiero za dwie godziny. Zostałem w barze z pustą filiżanką – ciągły ruch w nim sprawiał że ciężko było mi zasnąć. A gdybym zasnął, to od razu coś z takim klientem by zrobili. Co chwilę patrzyłem na zegar, potem na twarze ludzi z obsługi i w końcu znów wbijałem wzrok w dno pustej filiżanki. W końcu nadeszła godzina w której mogłem wyjść na peron.

Miałem wrażenie że gdyby pociąg spóźnił się kilka minut, zasnąłbym na stojąco na peronie. W dodatku na dworze było chłodno i marzłem. W końcu zobaczyłem światła w oddali i niedługo później mogłem wejść do wehikułu, którym miałem jechać na Hel. Sprawdzałem przedział po przedziale, wszystkie jednak były obsadzone. W końcu, po spacerze przez kilka wagonów, dotarłem do przedziału zajętego tylko przez jedną miłą dziewczynę. Okazało się że ta część składu jedzie do Kołobrzegu – ale mi przecież było bez różnicy gdzie jadę, więc nie zmieniałem już miejsca. Poza tym, skoro byłem w Brzegu, to Kołobrzeg też wypadałoby odwiedzić.

Porozmawialiśmy chwilę, ale obydwoje prawie od razu zasnęliśmy. To była jej pierwsza – i bardzo długa podróż pociągiem, spędziła w nim niewiele mniej niż ja do tej pory w czasie tego weekendu. Po moim przebudzeniu się zasłoniła za mnie zasłony i poczęstowała sokiem. Jedna z zasłonek spadła, ale to akurat dobrze – miałem się czym przykryć. Bardzo przyjemnie nam się rozmawiało, a kiedy opowiedziałem co robię – uznała że pomysł na taką podróż jest szalony. Dużo czasu razem nie spędziliśmy – niedługo później za oknem zobaczyłem tablicę stacji docelowej. Pomogłem jej wynieść bagaże i wybrałem się w podróż wokół miejscowości.

Pierwszym miejsce jakie odwiedziłem była “Biedronka” gdzie zakupiłem śniadanie mistrzów. Po zaspokojeniu głodu zrobił spacer wzdłuż wybrzeża. W Kołobrzegu też jest molo – jako że było płatne, nie zdecydowałem się wejść na nie. W końcu w Sopocie już na takim czymś byłem. Po dokładnym obejrzeniu co ciekawszych rzeczy na wybrzeżu wybrałem się z powrotem na dworzec, którego remont dobiegał właśnie końca.

Skoro był Brzeg i Kołobrzeg, to po Szczecinie musi być Szczecinek. Podróż była dość krótka i minęła bez specjalnych atrakcji – podróżowałem w otwartym przedziale. Jedynie komunikat o trasie pociągu był zabawny, przez głośniki usłyszałem powiedziane skacowanym głosem:

Pociąg zatrzymuje się na stacjach takich jak w rozkładzie jazdy.

W tym pociągu po raz pierwszy ułożyłem sobie plan dalszej podróży – tak aby móc wrócić do domu jeszcze kiedy bilet będzie ważny.

Szczecinek po wyjściu z budynku dworca nie prezentuje się zachęcająco – miałem wątpliwości czy znajdę miejsce w którym będę mógł zjeść coś na ciepło. Po dość długim spacerze moim oczom ukazał się budynek jakiegoś dziwnego fast-fooda, nie chciałem jednak katować żołądka. Kilkaset metrów dalej – tak jakbym wszedł do innego miasta. Okolice Szczecineckiego rynku i sam rynek są bardzo ładne – i jest tam wszystko, nawet Biedronka. Zjadłem pizzę, pozwiedzałem trochę i wróciłem na dworzec. Gdyby nie był on na obrzeżach miasta, robiłoby ono dużo lepsze wrażenie. Bo chociaż Szczecinek mi się podobał, to trochę kilometrów musiałem przejść zanim zaczął mi się podobać.

Podróż do Ustki była ciekawa z kilku względów. Najpierw do przedziału ze mną przysiadła się dziewczyna, która nie wytrzymała kiedy podrywał ją inny podpity pasażer. Jechała do Słupska, a pomysł takiej weekendowej wycieczki bardzo się jej spodobał. W międzyczasie odbyło się poszukiwanie portfela zgubionego przez wcześniejszych pasażerów. W końcu, przy sprawdzaniu biletów, już za Słupskiem, konduktor mojemu współpasażerowi bilet zabrał, a mi odpowiedział:

O, pan to tylko na grzyby jedzie.

Żaden z nas nie wiedział o co mu chodziło. A co do Ustki – na plaży tłok, w sklepach drogo – w końcu to miejscowość wypoczynkowa. Zrobiłem spacer uliczkami napotykając kilka osobliwych plakatów, jednak nie znalazłem mojego aktualnego celu – Biedronki. Wracałem już na dworzec, kiedy zobaczyłem osobę pijącą wodę pochodzącą z tej sieci sklepów. Okazało się że przeoczyłem dobrze ukryty lokal. Potem już tylko powrót na dworzec i oczekiwanie na następny pociąg.

W podróży do Gdyni towarzyszył mi ten sam konduktor co w pociągu do Ustki. Jechałem w przedziale z samymi kobietami – kiedy przyszedł sprawdzić bilety usłyszałem:

Panie witam, a pana nie witam – panu zazdroszczę […] Panu nie sprawdzam, pan tu na grzyby.

Do Gdyni dotarłem w trakcie kiedy odbywał się Open’er festival. Szukałem jakichś ciekawszych miejsc, jednak jedyną ciekawą rzeczą był trolejbus. Poza tym, w Gdyni szału nie było – choć może to dlatego że czasu miałem niewiele.


Pociąg powrotny zgodnie z planem miał być we Wrocławiu o 5:54 i nim wróciłem do domu, uważając żeby nie przespać stacji. Zmęczony i wykończony wróciłem do domu, ale na pewno pojadę jeszcze kiedyś na taką wycieczkę. To świetna zabawa. Podczas tej przebyłem koleją 2210km, a gdybym na każdy pociąg kupował oddzielny bilet wydałbym 230zł. Czysta oszczędność :)