Delegacja do Bygdoszczy

Dzień po powrocie z Opola wystosowaliśmy zapytanie do PKP w Bydgoszczy dotyczące możliwości pozyskania tablic. Zaskakująco szybko przyszła do nas odpowiedź, a po dwóch dniach dyrekcja w Gdańsku wydała decyzję – jak się okazało, pozytywną. Zanim jednak cokolwiek nam przekazano, zostaliśmy zaproszeni do Bydgoszczy na oględziny, abyśmy się upewnili, czy tablice spełniają nasze oczekiwania i czy na pewno chcemy je przejąć.

Ostatniego dnia maja wysiadłem wraz z dziewczyną z pociągu na jednym z kilku czynnych peronów remontowanego dworca w Bydgoszczy. Tablice czekały tak, jak kilka tygodni wcześniej, odgrodzone od dostępnej dla pasażerów części dworca. Na wizytę byliśmy jednak umówieni dopiero następnego dnia, musiałem więc zadowolić się tylko ich widokiem. Dzień później przekonałem się, jak wiele jeden dzień może zmienić.

Pierwszego czerwca PKP na kilku większych stacjach zorganizowało atrakcje z okazji dnia dziecka. Jedną z nich, pominiętą w oficjalnych zapowiedziach i przeznaczoną wyłącznie dla nas była wizyta za kulisami remontu Bydgoszczy Głównej. O poranku przeszliśmy przez wysłużone drzwi budynku administracji i przywitała nas dyrektorka dworca, wypytując o wystawę w jakiej będziemy chcieli wykorzystać tablice, gdzie właściwie ta galeria jest i czy na pewno będziemy w stanie je uruchomić. Moja dziewczyna wyjaśniła kwestie wystawiennicze, a ja zapewniłem że dysponuję wszelkim sprzętem potrzebnym do ożywienia tablic, niezależnie od tego jak skomplikowane jest sterowanie nimi.

Wkrótce później dołączył do nas kierownik budowy, który również wiedział o naszym przybyciu i w trakcie rozmowy obydwoje żałowali, że nie zgłosiliśmy się wcześniej, bo teraz zostało już tylko kilka ostatnich urządzeń – „Kilka miesięcy temu było ich pełno”. W momencie kiedy wstaliśmy od stołu i już mieliśmy przechodzić do właściwej części wizyty, tj. oględzin sprzętu, kierownik zasugerował że warto zadzwonić jeszcze po niewspominanego wcześniej Pana Mariana. Przybyły niemalże natychmiast, tajemniczy Pan Marian, okazał się być technikiem zarządzającym tablicami na i swego rodzaju dworcową szarą eminencją. Okazało się, że wbrew temu co sądziła dyrektor dworca i kierownik budowy, tablic jest więcej (Marian część schował) i że następnego dnia tablice miały być odebrane przez skup złomu (Marian już kilka dni temu zamówił złomiarza).

Zszokowany Pan Marian zapewnił że natychmiast odwoła złomowanie i zaprowadził nas przez tunel pocztowy do ogrodzenia za którym złożonych było kilka tablic, po czym przesunął kratę wpuszczając nas na teren budowy. Zmierzyliśmy urządzenia i zapytaliśmy się o możliwość ich transportu zwykłym samochodem dostawczym – wtedy okazało się, jak dużym problemem jest ich przewóz. Najmniejsze tablice ważyły około 100 kg, podczas gdy najcięższe (dwustronne, peronowe) ponad 250 kg. Bez specjalistycznego sprzętu nie da się czegoś takiego sprawnie przewieźć i nie mieliśmy pojęcia ile taki transport może kosztować.

Na moją nieśmiałą prośbę, Pan Marian otworzył jedną z tablic i otwierając kolejne osłony, opisał krótko jej wnętrze, wyjaśniając gdzie znajduje się sterownik i jak zamontowane są moduły literowe. Same moduły wyglądały przygnębiająco, wszystkie zatrzymane na tym samym, losowym znaku, część z nich wysunęła się też z szyn mocujących na skutek transportu.

Spytałem, czy mogę do testów zabrać jeden taki moduł ze sobą – Pan Marian nie tylko się zgodził, ale rozochocił się w kwestii współpracy. Zaprowadził mnie do pomieszczenia technicznego, gdzie z szafy wyjął kilka sporej wielkości koszy zawierających części z zezłomowanych już tablic. „Wie pan, litery wysyłałem na inne dworce, a to zachowałem. Przyda się Panu może?” – podekscytowany odpowiedziałem twierdząco na to pytanie i odebrałem od Pana Mariana części sterownika tablicy, chciał mi też zaoferować panel rozdzielczy z bezpiecznikami, ale nie był mi potrzebny do niczego, więc odmówiłem.

Pan Marian miał już zaplanowaną dalszą część wycieczki, gdy pojawił się jego współpracownik, mający ewidentnie inne podejście do pomysłu wykorzystania tych urządzeń: „Marian, po co ty to im dajesz, co oni będą robić z tymi tablicami?”. „No, będą sobie różne rzeczy wyświetlać” – odpowiedział Pan Marian. Chwilę potem, sam zostałem spytany: „Panie, jak pan chcesz to uruchomić, bez specjalnego komputera nic pan z tym nie zrobi. Chyba tylko sobie Pan kółkiem pokręci”. Nie chcąc kontynuować tej bezproduktywnej dyskusji odpowiedziałem, że nie takie rzeczy już się uruchamiało i wyszedłem z pomieszczenia. „Niech pan nie słucha kolegi, to pesymista.” – skwitował Pan Marian. „Człowiek zbudował to i człowiek uruchomi” – dodał.

Kolejnym etapem oprowadzania była wizyta w pomieszczeniu dworcowej megafonistki, to właśnie tam znajdowało się serce systemu informacji pasażerskiej, tj. główny komputer sterujący, a do zadań megafonistki należało również wprowadzanie danych do tego systemu. Na biurku stały trzy monitory komputerowe – jeden należał do częściowo już uruchomionego, nowego systemu informacyjnego (też produkcji KZŁ), dwa pozostałe – do starego. Jeden do użytku megafonistki, drugi dla serwisanta. Komputery połączone były interfejsem szeregowym ze skrzynką zawierającą kilkanaście kwadratowych płytek drukowanych wypełnionych podzespołami – to właśnie był komputer główny. Pan Marian pozwolił na jego dokładne sfotografowanie i stwierdził, że gdyby nie to że jeszcze przez kilka miesięcy stary system będzie musiał pracować, to ten komputer też by nam oddał.

Moją uwagę zwróciły drobniutkie druciki jakimi dane z komputera były wyprowadzone do tablic (na tych samych drutach realizowana jest też transmisja głosu). Analogowa transmisja takim medium na taką odległość wzbogaca sygnał o wiele zakłóceń, co doskonale słychać po głosie megafonistki. Na żywo jest wręcz krystalicznie czysty, na peronie ciężko jest zrozumieć nawet nazwę stacji docelowej pociągu.

Kilka minut później kierownik budowy zapewnił nas, że tablice mogą zostać na terenie budowy jeszcze kilka tygodni i Pan Marian odprowadził nas do tunelu, zapewniając że za chwilę odwoła złomowanie tablic. Tego samego dnia wróciłem do Wrocławia i od razu zabrałem się za analizę otrzymanych na dworcu urządzeń, aby móc jak najszybciej uruchomić posiadaną literę…

Tablice dworcowe – Prolog

Cyfrowa rewolucja ostatnich lat codziennie daje o sobie znać nowinkami przekraczającymi kolejne techniczne granice – coraz cieńsze telefony i telewizory, coraz większe rozdzielczości ekranów i coraz mniejsze rozmiary urządzeń które robią więcej niż kiedykolwiek wcześniej mogły robić. Jedną z wielu cech odróżniających te produkty od swoich poprzedników jest coraz mniejsza liczba ruchomych części. Mechanika jest zawodna i jeśli coś się porusza – to jest absolutnie pewne że się zepsuje. Jedyną do ustalenia kwestią jest po ilu cyklach pracy się to stanie.

Zmniejszanie liczby elementów ruchomych dotknęło wcześniej choćby telefonów i odtwarzaczy muzycznych. Współczesne dyski twarde SSD można bez obaw uderzać podczas pracy – brak poruszających się części czyni je wręcz niezniszczalnymi w porównaniu do poprzedników. Ten właśnie trend uczynił przestarzałymi bohaterów tego wpisu – mechaniczne tablice informacyjne od lat obecne na dziesiątkach dworców kolejowych i lotnisk na całym świecie.

Od zawsze byłem nimi zafascynowany i za każdym razem kiedy wybierałem się w podróż kolejową czekałem kilka minut przed ogromną tablicą wrocławskiego dworca wiedząc, że już za chwilę dźwięki opadających klapek wypełnią halę obwieszczając odjazd kolejnego pociągu. Nie jestem odosobnionym przypadkiem – właściwie każda wymiana takich tablic na elektroniczne wywołuje mniejsze lub większe niezadowolenie.

Tablice z ekranami diodowymi lub LCD są zwyczajnie lepsze. Nie tylko potrafią wyświetlić dużo więcej informacji i nie wymagają pracochłonnej wymiany klapek kiedy trzeba wprowadzić choćby nową nazwę pociągu – przede wszystkim, nie wyświetlą przekłamanej informacji kiedy ulegną awarii. Kilka błędów w nazwie miasta docelowego nie będzie dla nikogo problemem, ale godzina odjazdu zmieniona o 10 minut, czy błędnie wyświetlony numer lotniskowego terminala może poważnie przeszkodzić w podróży.

Kiedy remontowano wrocławski dworzec, los jego tablic był pierwszą rzeczą o której pomyślałem. Mój zapał skończył się jednak tylko na pomyśle zakradnięcia się na teren budowy i przechwycenia kilku tablic. Pomysł był nie do zrealizowania nie tylko dlatego że remont trwał przez całą dobę, ale jak się później przekonałem – tablice są tak ciężkie, że w pojedynkę nie da się z nimi daleko uciec. Myślałem też o kupnie takich urządzeń – na zagranicznych portalach aukcyjnych czasami pojawiały się moduły takich tablic. Astronomicznie wysokie ceny skutecznie mnie jednak odstraszały. Polski ich producent, KZŁ Bydgoszcz na swej stronie miał pełną ich ofertę, brakowało w niej jedynie cen. Znając jednak rynkowe ceny wysłużonych urządzeń, domyśliłem się że jeżeli nawet KZŁ zdecyduje się coś dla mnie wykonać, to będę musiał wziąć kredyt żeby za to zapłacić.

Lata mijały, KZŁ w miejsce opisu swoich tablic paletowych wstawiło zdjęcia nowych tablic z ciekłokrystalicznymi ekranami, kolejne polskie dworce wypełniały się nimi, a moja fascynacja nie mijała. Pogodziłem się z myślą, że prawdziwych nigdy nie dostanę i zacząłem myśleć o zbudowaniu własnych modułów, bazując na kilku otwartych projektach dostępnych w sieci. Zanim jednak udało mi się znaleźć potrzebne materiały wydarzyło się coś, co odsunęło te plany na później.

Wracając z dziewczyną z Opola czekaliśmy na peronie na pociąg zaraz pod tablicą peronową która wyświetlała już nazwę stacji końcowej i godzinę odjazdu. Zwróciłem uwagę na niedokładnie zamontowaną osłonę w jej wnętrzu, co pozwalało na podejrzenie kilku jej podzespołów. Moja dziewczyna nie podzieliła mojego zainteresowania, ale za to usłyszałem coś dużo ważniejszego – kierowniczka galerii sztuki w które pracuje przejeżdżała niedawno przez remontowany dworzec w Bydgoszczy i na rozkopanych peronach zauważyła zdjęte tablice oczekujące na swój dalszy los. Była zainteresowana ich pozyskaniem, ale miała wątpliwości czy będzie się dało nimi sterować bez oryginalnej aparatury.

Podekscytowany, zapewniłem że sterowanie to nie problem i że na pewno się da – na końcu systemu na pewno jest komputer lub inne urządzenie elektroniczne którego zachowanie da się zreplikować. Nie byłem tylko pewien, czy tak deficytowy towar uda się przejąć od PKP? Nigdzie w internecie nie znalazłem dowodu na to, żeby polskie tablice trafiły w czyjeś prywatne ręce. Analogicznie, za granicą też nie było takich przypadków bardzo dużo. Kilka następnych dni bardzo szybko przyniosło odpowiedź na to pytanie.

Chaos trip 2

Prognozy pogody na weekend były optymistyczne, postanowiłem więc ponownie wybrać się na wycieczkę po Polsce. W trochę innym stylu – podczas pobytu w stanach nauczyłem się że nie ma sensu się spieszyć, lepiej zobaczyć więcej ciekawych rzeczy w trzech albo czterech miastach, zamiast przebiec się po dziesięciu. Warto też wiedzieć co się widzi, żeby potem nie opisywać tego jako „niezidentyfikowane obiekty”.

Podróż rozpoczęła się wyjazdem do Poznania. Na samym początku próbowałem wymknąć się z WC nie płacąc, ale czujne oko babci klozetowej powstrzymało mnie. Potem poszedłem do KFC aby zjeść cokolwiek i przeczekać 3 godziny które dzieła mnie od następnego pociągu w komfortowym miejscu. Dosiadłem się do kobiety czytającej książkę „Makabryczna gra”. Okazało się że jedzie tym samym pociągiem co ja i w dodatku pochodzi z jednego z miast odwiedzonych już przeze mnie – Szczecinka. dowiedziałem się że ominęła mnie wielką atrakcja tego miasta – fabryka płyt wiórowych (ponoć, miejsce pracy 3/4 mieszkańców Szczecinka, ale nie mojej rozmówczyni). Kolejny powód żeby nie spieszyć się podczas zwiedzania. Ona sama była we Wrocławiu i bardzo się jej podobało szczególnie to, że w przeciwieństwie do Szczecinka, miasto nocą nie zasypia.

Podróż spędziłem na siedzeniu w korytarzu. Nie udało mi się upolować miejsca w przedziale – ale też strasznie o to nie zabiegałem. Na korytarzu jest przynajmniej przewiewnie, a sama podróż nie trwa długo. Zaczepił mnie azjata, który nie wiedział gdzie jedzie wagon w którym się znajdujemy (pociąg był rozdzielany w Warszawie). Właściwie to nie wiem, czy jest inny sposób na sprawdzenie tego niż spytanie konduktora. Jedna część składu jechała do Terespola i było to widać po osobliwych, Białoruskich pasażerach. Równo ze wschodem słońca wysiadłem na dworcu Łowicz Główny.

Pierwsze wrażenie – dworzec mało porażający. Jest bardzo zimno. poczekałem około pół godziny i wybrałem się na długi spacer. Łowicz to małe miasto i tak jak Sczecinek, pogrąża się we śnie kiedy zapada zmrok. Jeszcze nie obudziło się do życia. Jedynie wokół sklepu monopolowego panował ruch. Szybko dotarłem do starego rynku, zobaczyłem zamknięte muzeum i budynek urzędu miejskiego oraz bazylikę katedralną. Następnie wybrałem się nad brzeg rzeki, gdzie mgła unosząca się nad nią sprawiła że miejsce wyglądało niesamowicie. Potem rundka wokoło miasta i wizyta w lokalnym supermarkecie – kasjerka Iwona była zasmucona moim pytaniem i po krótkiej rozmowie doszła do wniosku że w Łowiczu nie ma nic ciekawego co można by oglądać. W drodze powrotnej zobaczyłem jeszcze jednak kilka ciekawych pomników – m.in. Józefa Piłsudskiego i Władysława Grabskiego. Zobaczyłem też tajemniczą wieżę która okazała się częścią kompleksu romantycznego gen. Klickiego. Wróciłem dziwnym skrótem łamiącym przepisy na dworzec i poczekałem na następny pociąg. Chciałem pojechać do Torunia, albo Inowrocławia. Jednak kiedy za szybą zobaczyłem napis „Sochaczew” pomyślałem że coś jest nie tak… kiedy zobaczyłem „Błonie” byłem już pewien. Pytanie do współpasażerów upewniło mnie w przekonaniu, że właśnie jadę do Warszawy.

W Warszawie nie zabawiłem długo. Wyszedłem na powierzchnię, sprawdziłem tylko czy pałac kultury jest na swoim miejscu i wróciłem na perony. Za chwilę miał odjeżdżać pociąg do Torunia. Wsiadłem. To była do tej pory najfajniejsza podróż. Jechałem z małżeństwem onkologa i prawniczki z warszawy, amatorką Indii, oraz z tajemniczym facetem – chyba też prawnikiem. Oni byli pasjonatami podróży do azji, a on sprzedał dwa samochody żeby jeździć pociągami. Małżeństwo wybierało się na weekend do Torunia i mieli interesujący spis ciekawych rzeczy, razem z trasą wokół starówki. Ten plan poczytałem i dzięki temu mój plan zwiedzania mógł wyglądać mniej chaotycznie.

Pierwsza rzecz jaką widziałem to oczywiście dworzec. Ma on ciekawa budowę – budynek jest usytuowany pomiędzy peronami. Po wyjściu z niego i minięciu licznych jednostek policji, udałem się, za znakami, na most Piłsudskiego. Widać z niego piękną panoramę starego miasta. Spotkałem tam też małżeństwo z pociągu – „ten przedział mogli odłączyć” – on zażartował. Potem spotkaliśmy się jeszcze raz, kilka godzin później na starym mieście. Po dotarciu do celu przekonałem się jak ładnym miejscem jest Toruń. Wiele pięknie zrobionych kamienic, ratusz, budynek poczty, fontanny – to wszystko stwarza unikalny klimat w mieście najwybitniejszego polskiego astronoma. Nawet bez opisu atrakcji, większość z nich od razu rzuca się w oczy – tak jak przepięknie zdobiony Dom pod Gwiazdą.

Spacerując starym miastem, na chodniku przy jednej z ulic można zobaczyć herby jakimi kiedyś posługiwali się miejscowi kupcy. Można również zobaczyć świetnie zachowane spichlerze – jeden z nich ma aż 8 kondygnacji, to pamiątka po hanzeatyckiej historii miasta. Niedaleko rynku można natknąć się na ruiny zamku krzyżackiego (założycieli Torunia). Pełne zabytków stare miasto otoczone jest pozostałościami murów obronnych świadczących o fortecznej historii Torunia. Wyróżniającą się częścią tych murów jest krzywa wieża – baszta która przechyliła się po osunięciu podłoża. W starym mieście znajdują się też zabudowania Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, a zaraz obok Collegium Maium stoi budynek aresztu śledczego. Jego okrągły kształt od razu przywiódł mi na myśl Panoptikon – nie wiem jak jest w środku, ale rzeczywiście jego projektant inspirował się tą koncepcją.

Z Toruniem, oprócz Kopernika i znanej rozgłośni radiowej kojarzą się pierniki. Zgodnie z tym co przeczytałem – do dziś przetrwał tylko jeden ich producent. Monopol ten doskonale widać, ceny pierników są bardzo wysokie. Mimo tego i mojej niechęci do pierników, chciałem spróbować jednego z ciekawości – długie kolejki ostatecznie mnie jednak zniechęciły. Stare miasto roi się od zabytków, ale to przecież nie jest wszystko – wybrałem się na dalszy spacer.

Nieopodal rynku znajduje się fontanna Cosmopolis, obrazująca układ słoneczny – ponoć wygląda ona pięknie nocą za sprawą efektów świetlnych. Zaraz obok fontanny znajduje się niecodziennie wyglądający pomnik planetoidy Toruń. Zobaczyłem też centrum sztuki współczesnej, muszę przyznać że robi wrażenie – nie widziałem w życiu większych drzwi przesuwnych. Przed jego budynkiem znajdowała się dziwna instalacja złożona ze sznurków, obuwia, konewki i doniczek z kwiatami oraz płyta informująca o położeniu dawnych fortyfikacji. W Toruniu jest też zabawny pomnik Kargula i Pawlaka, postawiony oczywiście przed kinem. O jego istnieniu dowiedziałem się z drogowskazu, kiedy miałem już zbierać się na dworzec. Mimo tego chętnie poszedłem go obejrzeć.

Ostatecznie, rozpocząłem spacer w kierunku dworca. Po drodze zobaczyłem ogrodzony teren na którym znajdowały się historycznie wyglądające zabudowania – potem okazało się ono Parkiem etnograficznym. Po drodze napotkałem pomnik Piłsudskiego i zorientowałem się o jeszcze jednej rzeczy która mi się tu bardzo podoba, a wcześniej podświadomie nie zwracałem na nią uwagi – na wielu trawnikach znajdują się malowniczo wyglądające rabaty.

Znalazłem się w pociągu do Bydgoszczy, w przedziale z dziewczyną wiozącą kota wracającego z wakacji. Spytana o atrakcje Bydgodzczy wymieniła kilka – Filharmonia, Wenecja, Dolina śmierci. Poza tym była przekonana, że nic ciekawego i wartego zobaczenia tam nie ma. Po dotarciu na miejsce, będąc już mocno wycieńczonym, postanowiłem przenocować w schronisku ulokowanym nieopodal dworca. Następnego dnia, współlokator polecił mi jeszcze kilka ciekawych miejsc i wybrałem się w podróż.

Na początek, wybrałem się na Fordon – to odległa dzielnica i podróż autobusem trwa tam długo. Na miejscu zobaczyłem mały rynek, oraz kilka zabytkowych budowli, m.in fordońskie więzienie. To właśnie na Fordonie znajduje się wspomniana wcześniej dolina śmierci – miejsce w którym Niemcy zamordowali około 1200 Polaków i Żydów. Obecnie znajduje się tam pomnik upamiętniający te wydarzenia. Po spacerze wokół starych zabudowań zakończyłem swoją wizytę na Fordonie i wróciłem do centrum miasta.

Postanowiłem przespacerować się ulicą Gdańską, a potem zobaczyć bazylikę, której kopuła widoczna jest z oddali i przypomina trochę toruńskie planetarium. Gdańska to ładny deptak, po obu stronach ulicy usytowane są zabytkowe kamienice. Jest też fontanna która przypomina zmniejszoną wersję Cosmopolis. Po ulicy jeżdżą też tramwaje, które w przeciwieństwie do tych w większości polskich miast – jeżdżą po węższych torach, o szerokości 1000mm. Nie trzeba specjalnie zwracać na nie uwagi, żeby zobaczyć że wyglądają inaczej. Z Gdańskiej skręciłem w stronę al. Mickiewicza, gdzie napotkałem niebywałą rzeźbę, wykonaną w uschniętym drzewie. Ciekawie wygląda, jednak bardzo ciężko znaleźć o niej jakieś informacje. Dopiero dłuższe śledztwo wyjaśnia że nazywa się ona „Przebudzenie elfów”.

Kiedy doszedłem do bazyliki, moim oczom ukazał się ogromny budynek zwieńczony kopułą. Samo obejście go zajmuje kilka minut. To dość „nowy” zabytek, zbudowany w 1939 roku – wygląda mimo to imponująco. Dalszy etap podróży to stare miasto – wszyscy których spytałem określali je jako nudne. Zostałem jednak pozytywnie zaskoczony. Pierwszym akcentem była rzeźba „Przechodzący przez rzekę”, przedstawiająca mężczyznę balansującego na linie. Z mostu Sulimy-Kamińskiego roztacza się też ładna panorama zabudowań na brzegach Brdy. Na rynku, na którym trwał właśnie turniej piłki nożnej mieści się duży pomnik pamięci ofiar faszyzmu. Następnie udałem się na spacer po wyspie Młyńskiej, aby zobaczyć Wenecję Bydgoską. Budynki umieszczone przy rzece wyglądają malowniczo, chociaż widać że poważnie nadgryzł je już ząb czasu. Ale to ma się poprawić – widać że prowadzone są prace budowlane, sama wyspa też ma zostać zrewitalizowana – tak przynajmniej mówią tablice informacyjne.

Szybko można stracić rachubę czasu spacerując takimi okolicami. Kiedy w końcu zdecydowałem się jechać następnym pociągiem, do odjazdu było 45 minut, a ja nie wiedziałem jak dostać się na dworzec. Po długim marszu okazało się że tablice informacyjne w przejściu podziemnym okłamały mnie i najszybciej dostanę się pieszo… do odjazdu 22 minuty – szybko sprawdziłem jak dotrzeć na miejsce za pomocą GPSa – informacja „przewidywany czas: 23 min” nie zabrzmiała optymistycznie, ale jako że przemieszczam się szybko, udało mi się dotrzeć na miejsce ze sporym zapasem czasu.

W pociągu do Warszawy, korzystając z resztek baterii w telefonie, sprawdziłem jak będę mógł wrócić do domu – okazało się że mogę zrobić sobie jeszcze jeden przystanek po drodze na jakieś 1,5h – a potem z Warszawy wrócić do Wrocławia. 1,5h to stanowczo za mało na dłuższe zwiedzanie. Jako fan twórczości Kultu i z racji tego że zbliżał się zmierzch, zdecydowałem wysiąść na dworcu w Kutnie – gdzie, według piosenki, jest tak brudno i brzydko że pękają oczy.

Tunel pod peronami poważnie zawiódł mnie – był wyremontowany i czysty, budynek dworca z zewnątrz też prezentował się całkiem nieźle. W środku już trochę lepiej – ale wciąż nie było to to, czego oczekiwałem. Kutno jest dworcem międzynarodowym, co widać po tablicy odjazdów – i faktycznie przydałby się tu lepszy dworzec, ale obecny nie wyróżnia się niczym szczególnie złym spośród tych na których do tej pory byłem. Jedyne co szczególnie utkwiło mi w pamięci, to bar dworcowy – wygląda mało zachęcająco, jakby był żywcem wyjęty z epoki PRL. Na dworcu pojawił się bezdomny, ale SOKiści szybko go przepędzili. Zero atrakcji jakich się spodziewałem.

W Warszawie miałem do przeczekania kilkadziesiąt minut do pociągu powrotnego. Na ten pociąg czekały tłumy, ale dobre miejsce na peronie zagwarantowało mi komfortową, ale samotną przejażdżkę w wagonie 1. klasy („przerobionym” na drugą). Ustawiłem klimatyzację i sam nie wiem kiedy zasnąłem – pamiętam że pociąg minął Pruszków, a zaraz potem nagle zobaczyłem napis „Wrocław Główny”. A może to te Koleje Dużych Prędkości testują?

Sama podróż mimo że krótsza (1447 km) była dużo ciekawsza niż poprzednia. Dużo przyjemniej jest po prostu pozwiedzać sobie ciekawe miejsca, zamiast biec na następny pospieszny.